f l y f i s h i n g . p l 2026.01.13
home | artykuły | forum | komis | galerie | katalog much | baza | guestbook | inne | sklep | szukaj
FORUM  WĘDKARSTWA  MUCHOWEGO
Email: Hasło:
Zaloguj automatycznie przy każdej wizycie:
Jeśli jeszcze się nie zarejestrowałeś: Załóż konto

Ostani post! Temat: Odp: Zasady brodzenia w rzece. Autor: andrzej cywinski. Czas 2026-01-13 15:33:44.


poprzednia wiadomosc Odp: Też o historii... tym razem tarła : : nadesłane przez mart123 (postów: 6572) dnia 2025-02-10 20:34:00 z *.dynamic.chello.pl
  Skąd taka wiedza? Generalnie 99,9 % ryb łososiowatych pochodzi
z zarybień.


Skąd tak precyzyjne dane? Czy strzał w ciemno?
  [Powrót do Forum] [Odpowiedz] [Odpowiedz z cytatem]    
 
Nadawca
Data
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [27] 10.02 21:17
 
Lipień do Sanu został wprowadzony w latach 50ych , a powyżej Soliny po 70ym. To nie były dzikie ryby.
Obecnie mamy 2 potoki na których jest znaczące naturalne tarło i tylko w ich górnych odcinkach.
Jeśli opuścimy dwa lata zarybień to zobaczysz pustynię. Nie jest powód do dumy, a do smutku.
w takim świecie żyjesz i wyparcie nic nie da
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 11.02 07:40
 
Lipień do Sanu został wprowadzony w latach 50ych , a powyżej Soliny po 70ym.

W dorzeczu Sanu pierwsze zarybienia lipieniem były w latach 1880-1881. Nic nie dały (bo nie mogły).
Kolejne, skuteczne, były dopiero po wybudowaniu zapór Myczkowce-Solina.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 11.02 07:47
 

Jeśli opuścimy dwa lata zarybień to zobaczysz pustynię. Nie jest
powód do dumy, a do smutku.
w takim świecie żyjesz i wyparcie nic nie da


Romek,
Ja o czym innym piszę, może niezbyt jasno.
Jak gdzieś stwierdza się naturalne tarło z wynikiem powyżej zera to
tam nie wolno, pod karą połamania rąk, prowadzić akcji zarybieniowej
za to trzeba dopuścić do głowy zaczadzonej ideą sztucznych
zarybień, że oto powstało darmowe laboratorium ichtiologiczne, które
trzeba wykorzystać. Jak? Od tego są ichtiolodzy w okręgach.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [24] 11.02 12:25
 
Lipień do Sanu został wprowadzony w latach 50ych , a powyżej Soliny po 70ym. To nie były dzikie ryby.



Lipienie były ze sztuczngo rozrodu i z innej zlewni. Pochodziły z Dunajca, z wylęgarni w Łopusznej. Do Sanu
poniżej Myczkowiec zaczęto wsiedlać lipienie na początku lat 70tych. Wpuszczano setki tysięcy sztuk wylęgu
żerującego rocznie. Starsze formy nie były dostępne, bo nie było karmy pozwalającej na podchowanie lipieni
do stadium narybku. Zarybienia były prowadzone przez całą dekadę, a na przełomie lat 70 i 80 tych nastąpiła
eksplozja lipieni w Sanie. Wylęg wsiedlany do dopływów znalazł WÓWCZAS dobre, a nawet doskonałe
warunki do życia, a w Olszance, Hoczewce, Sanoczku, Potoku Tyrawskim i w innych dopływach były
WÓWCZAS świetne warunki do tarła i do rozwoju narybku. Lipienie wytworzyły silną populację, stając się
można powiedzieć inwazyjnym gatunkiem. Zdominowały rodzime pstrągi. Zresztą, podobnie doskonaóe
warunki do tarłła znajdowały też inne gatunki, jak wspomniane pstrągi, a także świnki, brzany, klenie i całe
mnóstwo innych ...
Od tamtego czasu warunki wodne (przepływy, osady, termika) i środowiskowe (prace w korytach, zabudowa
dolin, zanieczyszczenia komunalne, przemysłowe, drogowe) zmieniły się dramatycznie. Zarówno dla tarła i
wzrastania narybku w naturalnych miejscach rozrodu, jak i dla bytowania dorosłych ryb w głównej rzece i w
dopływach. Po niezbyt w sumie długich latach eldorado, pojawiła się zapaść. Chyba nieprzypadkowo
skojarzona ze skokiem cywilizacyjnym i gospodarczym po transformacji ... Wtedy do rzeki trafiały lipienie
zewsząd, również ze Słowacji i z innych dorzeczy...

W latach 50tych próbowano wsiedlać lipienie do Wisłoki i dopływów, w których wcześniej nie występowały
(chyba, że Staszek znajdzie jakieś ślady z XVII wieku)... we wspomnieniach wędkarzy były pojedyncze lipienie
złowione w Jasiołce czy Wisłoce, których nie znali i nawet nie bardzo umieli je nazwać i rozpoznać ...

Powodzenie zarybień Sanu z lat 70tych (warto pamiętać, że wtedy wędkarstwo było bardzo konsumpcyjne)
oraz postęp w hodowli, spowodowało intensywne zarybienia rzek bieszczadzkich i ponownie Wisłoki i jej
dopływów oraz Wisłoka w latach 80tych, co doprowadziło do obecności lipieni także w tych wodach.
Niewykluczone, że przejściowej ...

Lipienie, które są w tych wodach nie są rodzime. Wszystkie pochodzą z zabiegów hodowlanych. Niemniej
jednak, przez pewien czas wytworzyły dziką (zdziczałą) populację, zamykając cykl rozwojowy, w którym ryby z
naturalnego tarła skutecznie się ponownie rozmnażały. Do tego jednak potrzebny był efekt skali. Pojedyncze
osobniki z naturalnego tarłą cieszą, ale nie są w stanie zapełnic rzeki ani zaspokoić potrzeb wędkarzy.
Niestety.

Pozdrawiam serdecznie

Jerzy Kowalski
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [1] 11.02 13:26
 
Pojedyncze osobniki z naturalnego tarłą cieszą, ale nie są w stanie
zapełnic rzeki ani zaspokoić potrzeb wędkarzy.


Najważniejsze są pełne rzeki i potrzeby wędkarzy. Np. sto lipków
natrzepanych za dniówkę przez jakiegoś kolesia z napuchniętym ego
(podobno autentyczne zdarzenie z OS San) lub wyniki zawodów
liczone w tysiącach. W takim modelu pochodzenie łowionych ryb jest
bez znaczenia.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 11.02 15:26
 
Trafna obserwacja. Dziękuję. Rzeczywiście, określenie modelu jest istotne. Opisałem wcześniej taki model
zagospodarowania, który polegał na wykorzystaniu masowego, naturalnego rozrodu ryb w sprzyjających temu
warunkach środowiskowych. Jeśli takich warunków nie ma, albo zaniknęły, to modele trzeba dostosowywać.
Analiza modelu musi też uwzględniać stronę "rozchodową", czyli wielkość eksploatacji oraz inne czynniki.

Wtedy, kiedy lipienie w Sanie rozwijały swoją szaloną populację w latach 70tych, wędkarzy spotykało się
sporadycznie. W większości byli na Solinie, gdzie wykorzystywali eksplozję szczupaków w młodym zbiorniku
(wypełniony w 1968r), a później eksplozję wprowadzonych w ich miejsce sandaczy ... akurat eksplozjia lipieni
zbiegła się z wyczerpywaniem się zasobów Soliny ... w pierwszej połowie lat 80tych liczba wędkarzy w
niewielkim okręgu krośnieńskim, którzy łowili w wodach PiL zwiększyła się z niecałych 500 do około 4000... bo
pojawiło się "łatwe mięso" ... Ze Śląska i z Krakowa przyjeżdżały autokarami zakładowe wycieczki na łowienie
lipieni, dymiły wędzarnie i zapełniały się słoiki ... W warunkach naturalnych wszystko zmierza do równowagi -
zwiększa się liczebność ofiar, zwiększa się liczba drapieżników; zmniejsza się liczba ofiar to liczba
drapieżników maleje. Tam, gdzie ludzie eksploatują liczba drapiezników trwa, a nawet powiększa się. Uzyskują
też możliwości technologiczne, mobilność, komunikację ... pozostają regulacje, żeby dostosować eksploatację
do możliwości odtwarzania zasobów oraz odtwarzanie zasobów żeby wytworzyć jakiś sztuczny stan
równowagi ...

Niestety, brak ingerencji ludzkiej można w jakiś stopniu założyć w ścisłych rezerwatach, w mniejszym stopniu
w parkach narodowych, ale i tam przecież ryby z hodowli mogą się dostać, jeśli zostaną wpuszczone poza
granicami rezerwatu i rozmnażać się. Nie muszą być "dzikie" ... Jednak tam, gdzie mowa o modelach
gospodarczych trzeba kalkulować całość bilansu.

My mamy taki nie do końca hodowlany model zarybień. Jest w nim więcej "supportive breeding", gdzie tarlaki
są pozyskiwane z wód, a nie pochodzą z selekcjonowanych linii hodowlanych. Niekiedy jest to wprost
"supportive breeding", kiedy rozmnażane i wsiedlane są ryby z tej samej rzeki (jak z Sanu do Sanu), a czasem
nie całkiem. Pod warunkiem, zresztą, że te tarlaki z Sanu rzeczywiście z tego Sanu oryginalnie pochodzą, bo
tego to nie wiadomo i można założeyć, że nie do końca. Więc nawet to, co się rozmnoży samo, bo gdzieś
znajdzie taką możliwość, nie jest zapewne rodzime. Lipienie poza miejscami ich wcześniejszego, naturalnego
występowania na pewno nie są.

Przywrócenie warunków do istnienia samoodtwarzającej się populacji wymagałoby ogromu działań w wielu
bardzo różnych dziedzinach. To nie kwestia samego zagospodarowania rybackiego, ale mnóstwa innych
czynników wokół. Dobrze, że mimo wszystko czasem jakimś rybom uda się rozmnożyć, nawet jeśli zostały w
miejsce potencjalnego rozrodu sztucznie wsiedlone. Natura jest "rozrzutna" w przypadku rozmnażania ryb, ale
i bardzo wymagająca. Potrzeba na prawdę dużego stada żeby utrzymać populację w stanie odnawialności
(biologicznie, nie tylko gospodarczo) i warunków środowiskowych żeby to stado się odnawiało.

Na koniec proste działanie rachunkowe, na podstawie wspomnień spod siwej czupryny. W czasach kiedy
lipienie miały warunki i same się rozmnażały jako wielka populacja, wejście do wody "między wyspami" pod
Zwierzyniem pozwalało, bez ruszania się z miejsca, zabrać "komplet" (5 sztuk) wybieranych lipieni w ciągu 15-
20 minut (czyli złowić kilkanascie) i zakończyc łowienie. Ile można by złowić w ciągu dnia, bez nadymania
żadnego ego? I to bez jakiegoś nadzwyczajnego wyposażenia i bez niebywałych umiejętności. Też za tamtymi
czasami tęsknię i mam przekonanie graniczące z pewnością, że nie mają szans wrócić, mimo wielu wysiłków
zaangażowanych w to ludzi, których ogromnie szanuję ...

Pozdrawiam serdecznie

Jerzy Kowalski
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [21] 11.02 16:43
 
Lipienie wytworzyły silną populację, stając się można powiedzieć inwazyjnym gatunkiem.
Tak, do tego się to sprowadzało.

Zdominowały rodzime pstrągi.
To nie było możliwe. Na odcinku poniżej Myczkowców nigdy nie było pstrągów (znalazłem jedną starą
wzmianką o znalezieniu martwego pstrąga zimą koło Sanoka, zapewne z Osławy), więc nie można
czegoś zdominować, czego nie ma w rzece. Dolny, naturalny odcinek KPiL kończył się w Rajskich, tj.
obecnie pod Zalewem Solińskim.

W latach 50tych próbowano wsiedlać lipienie do Wisłoki i dopływów, w których wcześniej nie
występowały (chyba, że Staszek znajdzie jakieś ślady z XVII wieku)... we wspomnieniach wędkarzy były
pojedyncze lipienie złowione w Jasiołce czy Wisłoce, których nie znali i nawet nie bardzo umieli je nazwać
i rozpoznać ...

Jedyne znane mi informacje o lipieniu w Wisłoku podałem w moim artykule nt. dawnej ichtiofauny Sanu.
W relacjach z I połowy lat 50. brak jest wzmianki o zarybieniu Sanu lipieniem. Zresztą byłoby to wątpliwe
także od strony politycznej.

Pojedyncze osobniki z naturalnego tarła cieszą, ale nie są w stanie zapełnić rzeki ani zaspokoić
potrzeb wędkarzy. Niestety.

Myślę, że przy szczęśliwym zbiegu okoliczności i dobrym układzie gwiazd byłoby możliwe zapełnić San
lipieniami. Nie jest natomiast możliwe zaspokojenie potrzeb wędkarzy, choćby nie wiem ile ryb z
naturalnego tarła było w rzece. Znam wielu wędkarzy, którzy nie znają granicy w łowieniu (tj. kaleczeniu)
ryb.

Pozdrawiam serdecznie
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [7] 11.02 17:32
 
Dzięki Staszku.

Nie pisałem o wsiedlaniu lipieni do Sanu w latach 50tych. To Romek. Ale próby dotyczące zlewni Wisłoki były. I
wspomnienia są prawdziwe. Zarybienia pewnie za sprawą wędkarzy. Mogły nie być udokumentowane. A ludzie w
okresie powojennym byli często jeszcze mentalnie "przedwojenni". Zwłąszcza w Galicji. To nie "Królestwo" ...

Co do pstrągów w Sanie, to rozumiem, że nie znalazłeś źródeł pisanych o nich ... ale jestem przekonany, że były,
skoro były w dopływach Sanu. Mogły byc nawet rodzime. Powstanie zapór i schłodzenie wody pomogło im
zapewne w żnalezieniu dobrych warunków do życia. Wówczas zarybienia nie były aż tak powszechne i pożadane.
San był zostawiony tak trochę "sam sobie" ... W końcu głowacice, a to przecież łososiowate, o duzych
wymaganiach termicznych i tlenowych, występowały w szczytowym okresie aż w okolicach Przemyśla, a to
daleko poniżej zasięgu oddziaływania zimnej wody ze Zwierzynia.
Pamiętam też, że mojego pierwszego pstrąga w życiu złowiłem w Wisłoce, daaaaleko poniżej dolnej granicy
występowania "na papierze", bo w okolicach Brzostku. Pstrągi były tam w Wisłoce, bo występowały we wszystkich
dopływach i stamtąd bywało, że schodziły do głównej rzeki. Nikt tych dopływów nie zarybiał pstrągami, więc
domniemywam, że były rodzime...

Pozdrawiam serdecznie

Jurek
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [5] 12.02 08:49
 
Ale próby dotyczące zlewni Wisłoki były. I wspomnienia są prawdziwe.
Wspomnienia mogą być prawdziwe, ale daty mogą się nie zgadzać. Czas zaciera pamięć.

Zarybienia pewnie za sprawą wędkarzy.
W latach 50. wątpliwe były prywatne zarybienia. Skąd braliby materiał (w tym okresie materiał lipienia
chyba był wyłącznie w Łopusznej)? Jak go rozwozili, skoro nie mieli samochodów? Wtedy nie było
tylko łowców ryb łososiowatych, co teraz, ani takiego pędu do zarybień wszystkich wód.

Co do pstrągów w Sanie, to rozumiem, że nie znalazłeś źródeł pisanych o nich ... ale jestem
przekonany, że były, skoro były w dopływach Sanu. /i>
Oczywiście, że przed wybudowaniem zapór były pojedyncze pstrągi, zwłaszcza w pobliżu ujścia
potoków z zimną wodą, lub w pobliżu miejsc ze źródłami na dnie. Ale to nie uprawnia do stwierdzenia,
że "łowiono tam pstrągi", bo te trafiały się od Wielkiego Dzwonu.

San był zostawiony tak trochę "sam sobie" ...
Po wybudowaniu zapór San był w centrum uwagi ichtiologów (zob. ile jest publikacji nt. Sanu w
Gospodarce Rybnej, a także w lokalnej prasie, w tym w Nowinach Rzeszowskich). Pamiętajmy, że na
lata 70. przypadał okres silnego zainteresowania wzrostem produkcji ryb słodkowodnych (polityka
rządu), w związku z dostrzeganym wówczas na horyzoncie kryzysem w połowach dalekomorskich.
Moim zdaniem, prawdopodobnie introdukcja głowacicy w Sanie była właśnie jednym z elementów
wykorzystania potencjału produkcyjnego rzek (w rozmowie ze mną ok. 7 lat temu śp. Goryczko nie
potwierdził tej hipotezy, ale mógł nie znać szczegółów, bo wtedy był młody i nie interesował się
polityką). Wędkarze nie mieli z tym wiele wspólnego. Zarybienia rzek były domeną instytucji
państwowych, a PZW tylko je realizowało, bo trzeba było rąk (darmowych) do pracy.

Wówczas zarybienia nie były aż tak powszechne i pożądane.
Zależy gdzie i kiedy.

W końcu głowacice, a to przecież łososiowate, o dużych wymaganiach termicznych i tlenowych,
występowały w szczytowym okresie aż w okolicach Przemyśla, a to daleko poniżej zasięgu
oddziaływania zimnej wody ze Zwierzynia.

Głowacica jest rybą dużych rzek i ma ciut niższe wymagania termiczne, niż pstrągi i lipienie. W Sanie
była złowiona nawet poniżej ujścia Tanwi (zob. Głowacica wędkarza doskonałego), dobrze jej jest w
Noteci (nie piszę w czasie przeszłym). W Dunaju występowała licznie (!) na odcinku serbskim, będąc
jednym z najważniejszych łowionych tam gatunków (zob. P&L 70).
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [4] 12.02 11:58
 
Ale próby dotyczące zlewni Wisłoki były. I wspomnienia są prawdziwe.
Wspomnienia mogą być prawdziwe, ale daty mogą się nie zgadzać. Czas zaciera pamięć.

Zarybienia pewnie za sprawą wędkarzy.
W latach 50. wątpliwe były prywatne zarybienia. Skąd braliby materiał (w tym okresie materiał lipienia
chyba był wyłącznie w Łopusznej)? Jak go rozwozili, skoro nie mieli samochodów? Wtedy nie było
tylko łowców ryb łososiowatych, co teraz, ani takiego pędu do zarybień wszystkich wód.


Cóż, pamięć służy mi dobrze, daty też pamiętam, więc te inwektywy chyba nie do mnie. Mógłbym
przytoczyć o kim mowa i kiedy, ale RODO ... W każdym razie, w latach 60-tych wędkarze z Krosna mieli
kontakty z lipieniem jako nieznaną im wcześniej rybą w zlewni Wisłoki. Różnie wędkarze działali w tamtych
czasach, ale rzeczywiście bardziej prawdopodobne mogło być to zarybianie, o którym wspomniałeś w
odpowiedzi na komentarz Romka:
Kukuła i Bylakowa (2013) podali: "Ze względu na wysokie walory wędkarskie lipień został
wsiedlony do rzek, w których wcześniej nie występował. Wprowadzono go m.in.
do Wisłoki, Wisłoka, Hoczewki, Solinki i Sanu. Pierwsze introdukcje gatunku
przeprowadzono w latach 50. ubiegłego wieku (Witkowski i in. 1984). Jeszcze na
początku lat 1970. w dorzeczu górnego Sanu lipień nie był notowany (Rolik 1971)."

Warto też wspomnieć o specyficznym miejscu, jakim w tamtych czasach był fragment Bieszczadów po, znanej
lub nieznanej, zmianie granic ... Wtedy potok Wołosaty był łowiskiem zamkniętym, "rządowym" (jak później
Wiar w okolicach Arłamowa) ... jeszcze w początkach lat 70tych widziałem stare tabliczki informujące o zakazie
łowienia ryb ... San powyżej ujścia Wołosatego był w strefie nadgranicznej i trzeba było występować o
specjalne zezwolenie, zgłaszać się do placówki WOP w Lutowiskach, żeby tam łowić... Według informacji jakie
do mnie dotarły, do Wołosatego też próbowano wsiedlać lipienie w tamtym czasie (lata 60/te)... ale na
początku lat 70tych nie zetknąłem się z żadnymi informacjami o tych lipieniach... później, w wyniku
oddziaływania Soliny, łatwiej tam było o leszcza lub okonia ...

Co do pstrągów w Sanie, to rozumiem, że nie znalazłeś źródeł pisanych o nich ... ale jestem
przekonany, że były, skoro były w dopływach Sanu. /i>
Oczywiście, że przed wybudowaniem zapór były pojedyncze pstrągi, zwłaszcza w pobliżu ujścia
potoków z zimną wodą, lub w pobliżu miejsc ze źródłami na dnie. Ale to nie uprawnia do stwierdzenia,
że "łowiono tam pstrągi", bo te trafiały się od Wielkiego Dzwonu.


To właśnie mam na myśli, że zmiana termiki wody po zalaniu znbiorników umozliwiła tym rybom rozwinięcie się
w znaczącą populację. Myczkowce były zalane ok. 1960 roku, a Solina w 1968. W sumie dopiero górny
zbiornik, za sprawą wypływu zimnej wody przez turbiny do Myczkowiec, doprowadził do obniżenia temperatury
Sanu on Zwierzynia w dół ...

San był zostawiony tak trochę "sam sobie" ...
Po wybudowaniu zapór San był w centrum uwagi ichtiologów (zob. ile jest publikacji nt. Sanu w
Gospodarce Rybnej, a także w lokalnej prasie, w tym w Nowinach Rzeszowskich). Pamiętajmy, że na
lata 70. przypadał okres silnego zainteresowania wzrostem produkcji ryb słodkowodnych (polityka
rządu), w związku z dostrzeganym wówczas na horyzoncie kryzysem w połowach dalekomorskich.
Moim zdaniem, prawdopodobnie introdukcja głowacicy w Sanie była właśnie jednym z elementów
wykorzystania potencjału produkcyjnego rzek (w rozmowie ze mną ok. 7 lat temu śp. Goryczko nie
potwierdził tej hipotezy, ale mógł nie znać szczegółów, bo wtedy był młody i nie interesował się
polityką). Wędkarze nie mieli z tym wiele wspólnego. Zarybienia rzek były domeną instytucji
państwowych, a PZW tylko je realizowało, bo trzeba było rąk (darmowych) do pracy.


W centrum zainteresowania była Solina (nawet nie Myczkowce). Nie pamiętam czyja to była idee fixe, ale w
tamtym okresie próbowano wszędzie lokować "troć wdzydzką" ... nie ominęlo to i Soliny (a także później
powstałego zbiornika w Besku na Wisłoku), ale miało być dobrze, a wyszło jak zwykle - lepiej ze szczupakami,
wsiedlono też leszcze i karpie ... leszcze mnozyły się masowo, ale wobec praktycznie braku litoralu miały
formę dośc karłowatą ... stadami odwiedzały San aż do okolic powyżej ujścia Wołosatego ... generalnie,
całość zdominowała "wszystkoryba" z przeznaczeniem na "wyżywienie ludu pracującego miast i wsi" ... były
sieci, mnóstwo wędkarzy... Mantra "wykorzystania potencjału produkcyjnego wód" była odmienian przez
wszystkie przypadki, a zasadzała się na koncepcjach gospodarki stawowej i wydawała się najbardziej dotyczyć
wód stojących (czy przepływowych, żeby być precyzyjnym).
Z takiego Sanu niewiele "białka zwierzęcego" dało sie uzyskac ... mało kto tam łowił, a łowienie pstrągów
uznawano za "fanaberię", podobnie jak ograniczenia na wodach PiL. Jeszcze w połowie lat 70, podczas
dwutygodniowego łowienia od Zwierzynia do Średniej Wsi (namiot mieliśmy koło obecnej wiaty Vision)
spotkaliśmy trzech innych wędkarzy ... dwóch z Krakowa ...

PZW był w dużym stopniu instytucją państwową, "organizacją społeczną" pod pełna kontrolą organizacyjną,
ale zarybieniami zajmowały się zespoły gospodarki rybackiej, póżniejsze MZGRW. Z pracowanikami,
transportem, ośrodkami, finansami. W sumie nie przypominam soibie wykorzystywania darmowych rąk do
pracy. Nawet nie było to zbyt pożądane. Inaczej niż w Czechach czy na Słowacji, gdzie w ramach ich
związków godziny prac na rzecz łowisk były i są wymagane, z ekwiwalentami za niewykonania. Ale to inna
historia.

Pozdrawiam serdecznie

Jurek
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [3] 12.02 13:27
 
W centrum zainteresowania była Solina (nawet nie Myczkowce). Nie pamiętam czyja to była idee
fixe, ale w tamtym okresie próbowano wszędzie lokować "troć wdzydzką"


Głównym promotorem tzw. "troci wdzydzkiej" w różnych zbiornikach zaporowych w Polsce był
Zbigniew Wajdowicz. To na jego wniosek do większości nowych zbiorników wpuszczano tego pstrąga,
czy to miało sens, czy nie (np. Zbiornik w Sulejowie i zbiornik w Przeczycach na Przemszy).

W każdym razie, w latach 60-tych wędkarze z Krosna mieli kontakty z lipieniem jako nieznaną im
wcześniej rybą w zlewni Wisłoki.


Lata 60. to nie są lata 50.

PZW był w dużym stopniu instytucją państwową, "organizacją społeczną" pod pełna kontrolą
organizacyjną, ale zarybieniami zajmowały się zespoły gospodarki rybackiej, póżniejsze MZGRW. Z
pracowanikami, transportem, ośrodkami, finansami.


W latach 50. o 60. nie było żadnych zespołów gospodarki rybackiej. Tym się zajmowali pracownicy
PZW (w tym z wykształceniem ichtiologicznym), którym przez długi czas przewodził J. Paladino w ZG
PZW.
Gdy powstało PZW to praktycznie wszystkie jeziora (poza tymi najmniejszymi) przejęły PGRyby, a
rzeki przekazano w użytkowanie PZW (bo rybakom zawodowym z zasady nie opłacało się łowić w
rzekach, poza tymi największymi, np. na Wiśle, Odrze i Narwi (były tam spółdzielnie rybackie, które z
czasem się rozwiązały, bo nie było co łowić, a ryby śmierdziały i nie nadawały się do konsumpcji;
najdłużej utrzymały się spółdzielnie w dolnych odcinkach Wisły i Odry).

W sumie nie przypominam sobie wykorzystywania darmowych rąk do pracy.

A kto płacił wędkarzom za całą robotę związaną z zarybieniami? Nie dosyć, że zarybiali (a ryby
częściowo odławiali rybacy, zwłaszcza te najcenniejsze), to jeszcze musieli płacić składki.

 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 14:51
 
W centrum zainteresowania była Solina (nawet nie Myczkowce). Nie pamiętam czyja to była idee
fixe, ale w tamtym okresie próbowano wszędzie lokować "troć wdzydzką"


Głównym promotorem tzw. "troci wdzydzkiej" w różnych zbiornikach zaporowych w Polsce był
Zbigniew Wajdowicz. To na jego wniosek do większości nowych zbiorników wpuszczano tego pstrąga,
czy to miało sens, czy nie (np. Zbiornik w Sulejowie i zbiornik w Przeczycach na Przemszy).


Dzięki Staszku,

Może miałoby to sens (przynajmniej w przypadku Soliny czy Beska) gdyby w Polsce była silna historia jezior z
pstrągami i tradycja ich utrzymymywania. Z tradycją jezior szczupakowych i leszczowych takie próby były
skazane na niepowodzenie i skończyły się jak wiadomo. W tych zbiornikach łowić było wolno na wszystko, a i
konkurencja masowo występujących szczupaków (w Solinie) czy intensywne połowy (w Besku) jeszcze
"wspomagane" przez miejscową ludność pozyskującą "sprzętem rolniczym" duże ryby ciągnące w małe
rzeczki na tarło doprowadziły do praktycznego zaniku tych pstrągów (choć i współcześnie trafiają się wielkie
pstrągi w Solinie)... A jeszcze we wczesnych latach 70tych znajomy wędkarz złowił na muchę taką 5-
kilogramową troć w Solince, niedaleko ujścia Wetlinki, co było wydarzeniem. Dość szybko wędkarze wymogli
decyzje o urządzeniu "Soliny bliżej Krosna i Jasła" i zarybienia szczupakami, sandaczami, karpiami
ukonstytuowały status ichtiofauny zbiornika w pięknym przełomie Wisłoka ...

W każdym razie, w latach 60-tych wędkarze z Krosna mieli kontakty z lipieniem jako nieznaną im
wcześniej rybą w zlewni Wisłoki.


Lata 60. to nie są lata 50.


Widzę, że dochodzimy do porozumienia. Tak na biologiczny i wędkarski rozum, żeby wędkarze mieli kontakt
z tymi rybami w latach 60tych to musiano zacząć "zasiewać" tym wylęgiem w latach 50tych. Wydaje mi się, że
powinienes być usatysfakcjonowany życiowym potwierdzeniem znalezisk "papierowych" ...

PZW był w dużym stopniu instytucją państwową, "organizacją społeczną" pod pełna kontrolą
organizacyjną, ale zarybieniami zajmowały się zespoły gospodarki rybackiej, póżniejsze MZGRW. Z
pracowanikami, transportem, ośrodkami, finansami.


W latach 50. o 60. nie było żadnych zespołów gospodarki rybackiej. Tym się zajmowali pracownicy
PZW (w tym z wykształceniem ichtiologicznym), którym przez długi czas przewodził J. Paladino w ZG
PZW.


Tym razem mowa była o latach 70tych, po zalaniu zbiorników na Sanie, ale mniejsza o to ... Późniejsze
MZGRW (powstałe z tych wcześniejszych zespołów po reformie administracyjnej 1975 i powstaniu okręgów w
tych nowych województwach) też były jednostkami PZW i pracownikami PZW. W każdym razie gospodarką
zajmowali się pracownicy, rzadko sami wędkarze, chyba że ci "wtajemniczeni" i "funkcyjni" ... Zresztą, ta część
gospodarcza była bardzo chronioną prerogatywą zarządzających ... o ile mogli (do pewnego stopnia) wypuścić
w "niesprawdzone" ręce takie działalności jak sport wędkarski, to decyzje gospodarcze były pod ścisłym
nadzorem....

W sumie nie przypominam sobie wykorzystywania darmowych rąk do pracy.

A kto płacił wędkarzom za całą robotę związaną z zarybieniami? Nie dosyć, że zarybiali (a ryby
częściowo odławiali rybacy, zwłaszcza te najcenniejsze), to jeszcze musieli płacić składki.


Jak wyżej - wędkarze w tę robotę związaną z zarybieniami nie byli angazowani. Chyba, że bardzo chcieli, a i to
było z wielką "łaską" ... Wędkarze wpłacając składki płacili pracownikom, przynajmniej częściowo, jak to w
takich strukturach jest ... no i przynależnośc uprawniała do łowienia ryb, czym się wędkarze głównie zajmowali
i zajmują. Nawet w Ustawie z 1985r. PZW (nienazwany po imieniu) został określony jako "organizacja
amatorskiego połowu ryb" ... bo do tego się sprowadza(ł)...

Pozdrawiam serdecznie

Jurek
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 15:10
 
W latach 50. o 60. nie było żadnych zespołów gospodarki rybackiej. Tym się zajmowali
pracownicy
PZW (w tym z wykształceniem ichtiologicznym), którym przez długi czas przewodził J. Paladino w ZG
PZW.
Gdy powstało PZW to praktycznie wszystkie jeziora (poza tymi najmniejszymi) przejęły PGRyby, a
rzeki przekazano w użytkowanie PZW (bo rybakom zawodowym z zasady nie opłacało się łowić w
rzekach, poza tymi największymi, np. na Wiśle, Odrze i Narwi (były tam spółdzielnie rybackie, które z
czasem się rozwiązały, bo nie było co łowić, a ryby śmierdziały i nie nadawały się do konsumpcji;
najdłużej utrzymały się spółdzielnie w dolnych odcinkach Wisły i Odry).

W sumie nie przypominam sobie wykorzystywania darmowych rąk do pracy.


Dla uzupełnienia

Spółdzielnie zaczęto likwidować i tworzyć PGR-y już w latach 1948–1949. Zabierano im ośrodki
zarybieniowe, które wcześniej otrzymały i wyremontowały. Rugowano je z wód. Proces ten trwał do 1951 roku. Natomiast
jeśli brać pod uwagę Centralę Rybną, likwidacja spółdzielni rozpoczęła się jeszcze wcześniej – w tym
przypadku dotyczyła głównie eliminacji handlu rybami prowadzonego przez spółdzielców. Była to
część szerszej walki o kontrolę nad handlem, w której kluczową rolę odgrywał Hilary Minc.

Jeśli chodzi o zarybienia w latach 50., były one finansowane z opłat wnoszonych przez wędkarzy i
resztki rybaków ze spółdzielni (składki na ochronę i zagospodarowanie wód). Środki te formalnie
trafiały do Wojewódzkich Rad Narodowych (WRN), które następnie, w ramach zadań zleconych,
przekazywały je Polskiemu Związkowi Wędkarskiemu (PZW) na realizację zarybień. Ale formalnie to
WRN prowadziły akcje zarybieniową - (współudział PZW tak zapisano w materiałach PZW z 1956 r)
Była to w praktyce darmowa siła robocza i przykład centralnego planowania.

Ponadto wędkarze płacili za kartę wędkarską oraz składkę członkowską – podobnie jak dzisiaj w
PZW. Dodatkowo obowiązywały różne opłaty, np. za regulamin połowu ryb. Przed powstaniem PZW
regulaminy te wydawały związki rybackie (przynajmniej na terenie KTR – 1947).

Model finansowania zarybień w dużej mierze opierał się na wcześniejszych rozwiązaniach. Składki
na Fundusz Ochrony Rybołówstwa (FOR) oraz część czynszu dzierżawnego trafiały do funduszu
ochrony rybołówstwa, a związki rybackie (np. KTR) realizowały zarybienia w ramach zadań
zleconych. Jeszcze przed wojną tylko niewielka część środków z tego funduszu była faktycznie
przeznaczana na zarybienia.

Jak po 1950 roku rozdzielano wpłaty ze składek na ochronę wód – tzn. ile faktycznie trafiało na
ochronę i zagospodarowanie wód nie sprawdzałem matematycznie, ale niewiele. Warto również
pamiętać, że przez długi czas zarybienia były podporządkowane celom aprowizacyjnym, np. hodowli
łososia. Zarybienia te spadały ale do połowy lat 50 stanowiły gro środków - w praktyce wędkarze
finansowali zarybienia łososi - które teoretycznie mieli łowić rybacy w Bałtyku.

Trzeba mieć na uwadze, że w latach 50. nadal obowiązywały kontyngenty – choć nazywały się
inaczej. O niczym nie decydowali wędkarze, rolnicy ani rybacy – decyzje podejmowali urzędnicy,
których zadaniem było realizowanie założeń planu sześcioletniego, zakładającego m.in. wzrost
produkcji ryb.


Tu zarybienia z 1954 cała Polska oprócz PGR (lipienia brak) w zarybieniach ujęte zarybienia na
wodach spółdzielni. Z dzisiejsze perspektywy - w tamtym czasie nie prowadzono zarybień

łosoś troć narybek letni . 1 472 120 sztuk, jesienny 123800 szt
pstrąg potokowy . » letni 1 142 500, jesienny 73000 szt
pstrąg tęczowy » letni 981000, jesienny (palczak) 201 000 szt
sandacz jesienny „ 63 000 szt.
sandacza ikra zapłodniona „ ko. » 19 200 000 szt
karp jesienny 13 054 kg
karp kroczki 26 740
szczupak wylęg 17 210 000 szt
karaś kroczki 7.000 g
lin narybek i kroczki 10 000 kg
okoniopstrąg 680 kg
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 15:46
 
Lipień pojawia się z zarybieniach z 1962 r
było to w skali PZW 74 000 wylęgu i 17 000 narybku jesiennego. Ale gdzie poszedł nie wiem>

Pozdr Maciej
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 16.02 13:21
 
Dzięki Staszku.

wierzynia.
Pamiętam też, że mojego pierwszego pstrąga w życiu złowiłem w Wisłoce, daaaaleko poniżej dolnej granicy
występowania "na papierze", bo w okolicach Brzostku. Pstrągi były tam w Wisłoce, bo występowały we wszystkich
dopływach i stamtąd bywało, że schodziły do głównej rzeki. Nikt tych dopływów nie zarybiał pstrągami, więc
domniemywam, że były rodzime...

Pozdrawiam serdecznie

Jurek
Na początku lat 70-tych jeździłem do Kleci na wakacje/ojciec z tamtąd pochodził. Na potoku
przepływającym przez wioskę/dopływ Wisłoki/ jako gówniarz wraz z kuzynem łapaliśmy pstrągi na "koszyk".
W Wisłoce tylko klenie i inne karpiowate. Ojciec opowiadał, że przed wojną łowiono łososie/trocie/. Ostatnią do
knajpy/na rynku w Brzostku/ ktoś przyniósł w 1956roku.>
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [11] 11.02 17:56
 

Myślę, że przy szczęśliwym zbiegu okoliczności i dobrym układzie gwiazd byłoby możliwe zapełnić San
lipieniami. Nie jest natomiast możliwe zaspokojenie potrzeb wędkarzy, choćby nie wiem ile ryb z
naturalnego tarła było w rzece. Znam wielu wędkarzy, którzy nie znają granicy w łowieniu (tj. kaleczeniu)
ryb.



Obawiam się, że w obecnych warunkach to musiałyby być jakieś niebywałe konstelacje i koniunkcje ... Po
prostu zmieniły się warunki do takiego stopnia, że świat staje się "plastikowy"...

W okresie tej wspominanej, ogromnej, inwazyjnej prosperity to rozpowszechnione nagle wyławianie zajęło
kilka ładnych lat i wydawało się jak w misie lisa Witalisa (że "nic z niej nie ubywało, choc Witalis jadł
niemało")... a wędkarze nie tylko "kaleczyli", ale masowo zabierali, nie oglądając się na jakieś limity czy zasady
... Pamiętam gdzies około połowy lat 80tych rozmowę z jednym z tych tysięcy wędkarzy, który mówił, że w
owym roku był słąby sezon, bo w jesieni miał "tylko" nieco ponad 300 lipieni w zamrażarce (poza tymi
zużywanymi na bieżąco) ... A mimo wszystko, w tamtym czasie pracownicy rzeszowskiego MZGRW byli w
stanie w Potoku Tyrawskim odłowić agregatem ponad 400 tarlaków lipieni w ciągu dwóch dni. Oczywiście,
żeby osprzedać narybek okręgowi. Jak powiedziałem dyrektorowi i prezesowi okręgu, że to niepotrzebne bo
tylko będziemy musieli zapłacić za narybek, a lipień się naturalnie rozradza, oraz że MZGRW powinien nam
zrekompensować ubytek w naturalnym tarle to myślałem, że mnie we dwóch zagryzą, rozszarpią i zjedzą bez
soli ...

Niestety, warunki dla populacji lipieni się zmieniły, a wędkarze nie dostosowali swoich zapędów do możliwości
... długo trwało i trwa odbudowywanie i nigdy nie wróciło ...

Pozdrawiam serdecznie

Jurek
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [1] 11.02 18:08
 
Podałem za info z ROCZNIKI BIESZCZADZKIE 21 (2013).
Podają jako źródło pracę Pana profesora Witkowskiego.
Muszę porozmawiać z Mietkiem Kowalewskim bo brał udział w jednych z pierwszych zarybieniach Sanu lipieniem.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 08:04
 
Romku,

Warto uważnie czytać teksty ichtiologiczne, zwłaszcza jeśli chodzi o aspekty historyczne.

Kukuła i Bylakowa (2013) podali: "Ze względu na wysokie walory wędkarskie lipień został
wsiedlony do rzek, w których wcześniej nie występował. Wprowadzono go m.in.
do Wisłoki, Wisłoka, Hoczewki, Solinki i Sanu. Pierwsze introdukcje gatunku
przeprowadzono w latach 50. ubiegłego wieku (Witkowski i in. 1984). Jeszcze na
początku lat 1970. w dorzeczu górnego Sanu lipień nie był notowany (Rolik 1971)."

Tu nie jest podane, że pierwsze introdukcje lipienia w dorzeczu Sanu przeprowadzono w latach 50.
Dotyczy to Polski, bo powołują się na książkę "Lipień" Witkowskiego (mam ją pod ręką). Sorry, ale w
niej jest jeden wielki mętlik, bo podano, że pierwsze zarybienia w PL (a nie Sanie) były w latach 1950-
1980.
Zresztą nie jest to prawdą (prof. Witkowski popełnił wiele błędów w kwestiach historycznych, bo nie
zajmował się historią ryb, a ponadto też robił nieuprawnione nadinterpretacje, m.in. w jego
publikacjach nt. historii introdukcji obcych gatunków w PL). Dlatego publikuję szereg tekstów (głównie
na łamach Przeglądu Rybackiego, którego wędkarze z zasady nie czytają), w których podaję kiedy i
gdzie były najstarsze znane introdukcje i jak przebiegał ten proces. Już opublikowałem tekst o sumiku
amerykańskim, który wywraca do góry nogami przyjęte zapisy w pracach ichtiologów. Jeśli chodzi o
ryby łososiowate, to stosowne informacje będą w monografii nt. dziejów chowu i hodowli ryb
łososiowatych w PL do początku XX w. (praca jest gotowa, szukam wydawcy). Teraz piszę pracę nt.
dziejów introdukcji sterleta, temat nieznany i abstrakcyjny dla naszych ichtiologów, choć PL była w
samym centrum wydarzeń introdukcyjnych w Europie od XVIII w.

Korzenie introdukcji lipienia w PL (w ogóle) sięgają już końcówki lat 50. XIX w. (to nie jest pomyłka,
czyli Witkowski pomylił się o cały wiek). W dorzeczu Sanu były już od ok. 1880 r. To tak w dużym
skrócie.

Niedawno ktoś na forum stwierdził - a propos korzeni zorganizowanego wędkarstwa - że temat raczej
nie interesuje wędkarzy, zwłaszcza tych w ZG PZW. Jest to kolejny przykład braku wiedzy w
podstawowych kwestiach, który prowadzi do błędnych ocen, poglądów, a nawet działań.

Pozdr.


 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [8] 11.02 18:26
 

Pamiętam te wspaniałe lata 80., jeździłem na ryby jak szalony. We wspomnieniach mam, że ryb było
wtedy mnóstwo. Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że
startowałem w zawodach z koła i dobrze pamiętam te zawody. Startowało nas 10, jeździłem przez
kilka lat na te zawody. Były one rozgrywane na bitej rybie, więc oszustw nie było.
Na 10 zawodników łowiliśmy łącznie 2–4 pstrągi, reszta się nie kwalifikowała.

Potem startowałem w zawodach okręgowych przez rok albo dwa.
Raz zajęliśmy pierwsze miejsce drużynowo. W sumie mieliśmy złowione cztery ryby.

Jako mało doświadczony zawodnik pytałem starszego kolegę z drużyny, jak to możliwe, że zajęliśmy
tak dobre miejsce, skoro niektórzy mieli więcej złowionych ryb.

Kolega mi odpowiedział - pamiętam jak dziś.
Popatrz:
ty miałeś pstrąga,
ja miałem klenia i jelca,
a on dojebał ukleją.

No i tak się w tych świetnych latach wygrywało zawody

Pozdrawiam,
maciej
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [1] 11.02 18:37
 



Kolega mi odpowiedział - pamiętam jak dziś.

Popatrz:

ty miałeś pstrąga,

ja miałem klenia i jelca,

a on dojebał ukleją.



No i tak się w tych świetnych latach wygrywało zawody



Pozdrawiam,

maciej



Generalnie pamięć nas zawodzi i pamięta się te wybrane chwile , ale wydaje mi się, że było znacznie więcej drobnej ryby na Sanie, a jak raz na parę wyjazdów zapiąłem rybę około 40 cm to był ogólny podziw
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 11.02 20:49
 
W połowie lat 90-tych na Sanie było dużo drobnej ryby, ale i średniej też. Koledzy z drużyny muszkarskiej
"zrobili" 1 miejsce drużynowo na MMP łowiąc w zasadzie bez przerwy ukleje ( w tym czasie nie
startowałem, a mogłem - byłem chory...). Natomiast indywidualnie należało łowić....okonie, co zrobił i w
konsekwencji wygrał b. dobry zawodnik reprezentujący krakowski okręg. Ale kto z nas wówczas wiedział,
co i jak, wszak większość ze startujących nastawiała się głównie na lipienie, tudzież pstrągi!. Nocowanie
przez tydzień w namiocie "na konserwach" zrobiło wówczas "robotę". Nic nie ma za darmo.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [4] 11.02 20:25
 
To że w tamtych "cudownych latach 80-tych" nie łowiło się dziesiątek
ryb za dniówkę wynikało głównie z faktu, że większość kaleczyła
łowienie na muchę, zwłaszcza nie potrafiąc łowić lipieni w czasie
dnia, które były w zdecydowanej przewadze w stosunku do pstrągów.
Większość chodziła i ciapała po wodzie mokrą muchą, jak ktoś
założył nimfę to była to pożałowania godna klucha, zachowująca się
w wodzie jak kamień, jedynie na suchą ludki potrafiły jako tako łowić.
Nie żebym się chwalił ale, po opanowaniu nimfy a zwłaszcza
odkryciu, że nimfa na haku 14 i mniejszym czyni cuda, wyniki na
Skawie w rej. Makowa w ilości ponad 50 szt. za dzień (z czego jak
jeden, dwa były miarowe to było święto) nie robiły wrażenia. Raz 11
listopada chyba w 88 lub 89 zszedłem z Ostrowska do Łopusznej z
czego miałem 22 miarowe lipienie w tym 8 sztuk 40+, z Czorsztyna w
zasadzie nie wychodziliśmy bez kompletu ryb ponad 35cm, w którym
średnio jedna ryba miała 40 i więcej, na Rudawie komplet 5 szt.
grubych, zdrowych i mocnych lipków często robiło się w jednym
dołku w ciągu 15 minut. Oprócz tego łowiło się przy okazji ileś
dziesiąt niewymiarków, większych, mniejszych, dość często trafiała
się mała główka, w prądach sromowieckich brały leszcze, dwa czy
trzy razy boleń, w Łopusznej płocie i szczupaki a na Popradzie potrafił
na streamera wziąć sandacz. No a San to osobna historia. Tak jak za
komuny to już potem nie połowilem.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [3] 11.02 21:23
 
No dobra, to Dunajec. Też pamiętam, że lipienia było w bród. Fakt, łowiłem na mokrą muchę, ale miałem już nimfy
i łowiłem trochę długą nimfą.

Pamiętam też, że kiedyś, jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej, pojechałem z mamą i z kolegą nad Dunajec na
wakacje. Spaliśmy w beczkach pod kapliczką. Pewnego dnia obok kapliczki zebrała się dość duża grupa
wędkarzy – mieli zawody. Z tego, co pamiętam, był to Romaniszyn. My, jako młodzi zapaleńcy, podeszliśmy i
chcieliśmy się zapisać na zawody, ale wyśmiali nas.

Poszliśmy więc łowić gdzieś w okolicy i połowiliśmy, jak bąki (tak to pamiętam). Wróciliśmy na zakończenie
zawodów. Były to zawody na bitej rybie, więc po ich zakończeniu zawodnicy przynosili złowione ryby i wrzucali je
do czegoś w rodzaju pojemnika z płachty. Brał to ktoś z Okręgu. Widok był dość niesamowity, bo nigdy wcześniej
czegoś takiego nie widziałem – dlatego to pamiętam.

Ryby było trochę, ale oceniając to na chłodno, wcale nie aż tak dużo – może 30-40 sztuk, głównie małe pstrągi.
Jeden był większy, ale miał niecałe 40 cm, ale i tak wydawał się ogromny. Oprócz tego może z 10-15 lipieni.
Czasowo to był jakiś początek lat 80.

Na Dunajcu łowiłem tylko w czasie wakacji, ale na Wiśle i Sole częściej, na sanie nie łowiłem, ale można
sprawdzić wyniki zawodów z lat 80 - to jest jakoś tam wiarygodne - przynajmniej od strony wędkarskiej.

Pozdr Maciej
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 07:23
 
Ryby było trochę, ale oceniając to na chłodno, wcale nie aż tak
dużo – może 30-40 sztuk, głównie małe pstrągi.
Jeden był większy, ale miał niecałe 40 cm, ale i tak wydawał się
ogromny. Oprócz tego może z 10-15 lipieni.
Czasowo to był jakiś początek lat 80.


Zgadza się. Wtedy, pomimo zatrzęsienia lipieni, mało kto potrafił je
łowić w dzień, czyli w czasie gdy słabo reagowały na suchara. Za
lipkiem wędkarze wychodzili na płanie dopiero pod wieczór, z suchą,
a przez dzień ciapali mokrą po prądach.
Ja miałem to szczęście, że mi wujek kolegi, stary przeplywankowiec
a więc wędkarz z właściwymi nawykami, pokazał jak łowić na krótko
nimfą w prądach. A było to w Czerńcu. Zasada była taka, że im
szybciej woda płynęła i bardziej się burzyła na kamieniach tym
skuteczniej się te lipki łowiło. Nie przeszkadzał upał czy słońce.
Zestaw ciężkiej nimfy kierunkowej na haku nr 6 i małego skoczka w
kolorze zgniłej zieleni czynił cuda.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 10:35
 
Mogły to być XIV Zawody o Puchar Przechodni im Prof. Romaniszyna z dn. 22 06 80r. (Za 'WW" nr. 11/
80r.) wędkarze łowili na 20 kilometrowym odcinku od Ostrowska do Czorsztyna. 90 zawodników, z 12
okręgów złowiło 47 ryb - pstrągów i lipieni. Tryumfowali zawodnicy z Krakowa, jak również zawsze mocni -
Górale z Zakopanego. Poza jedna dyskwalifikacją z racji...przyniesienia ze sobą uprzednio złowionych ryb,
powyższe zawody w pełni się udały. Był też mowa o tym - już po zawodach aby wzorem innych dyscyplin
sportowych przeprowadzać GP Muchowe Polski....Pozdrawiam.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 11:16
 

Na Dunajcu łowiłem tylko w czasie wakacji, ale na Wiśle i Sole częściej, na sanie nie łowiłem, ale można
sprawdzić wyniki zawodów z lat 80 - to jest jakoś tam wiarygodne - przynajmniej od strony wędkarskiej.

Pozdr Maciej


To dobry trop ...

Pamiętam Mistrzostwa Polski na Sanie, zorganizowane w 1981r. Wtedy pojawiło się nad rzeką trochę wiecej
wędkarzy z róznych stron Polski (dalekie podróże na ryby nie były zbyt powszechne). Z późniejszych relacji
dowiedziałem się, że po powrocie opowiadali jak to trafili w Polsce nad rzekę, w której było tyle lipieni, że
trzeba było stado przepędzić z pierwszej rynny przy brzegu do drugiej rynny, żeby wejśc do wody. W tej drugiej
rynnie było już drugie stado ... w każdym po kilkadziesiąt sztuk, różnych rozmiarów. Tak rzeczywiście
wyglądała ta rzeka, na przykład w Łączkach, gdzie skały fliszu karpackiego układały się bardziej wzdłuż nurtu
... I było więcej żwiru i kamieni na dnie, niz w późniejszych latach (tak oddziałują zapory, zmieniając
środowisko poniżej)...

Wracając do wyników, w tamtych czasach regulaminowa punktacja obejmowała liczbę i długość złowionych i
zabranych ryb. Dodatkowo, po złowieniu "kompletu" pstrągów i/lub lipieni (5 sztuk) można było zakończyc
łowienie i naliczana była "premia za czas" za każdą minutę pozostałą do końca tury. Takie "komplety" łowiono
podczas róznych zawodów, ale nie było to zbyt częste. Podczas tamtych Mistrzostw (1981r.) pierwsze
"komplety" zostały zarejestrowane po około 20 minutach łowienia. Zwyciężca zawodów lepiej przekalkulował
warunki, nie zabierał mniejszych ryb, tylko selekcjonował te duże lipienie do zabrania i zakończył łowienie po
około 35-40 minutach.
Tak to w dużym skrócie wyglądało ...

Pozdrawiam serdecznie

Jerzy Kowalski
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 09:01
 

Pamiętam te wspaniałe lata 80.,

Byliśmy wtedy młodzi, a kobiety były takie piękne...
Niewiele było potrzeba do szczęścia. Poza tym nie było wówczas internetu i wszystkich jego wad.
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 11.02 21:27
 
W swoich książkowych wspomnieniach z Sanu "Na dnie jeziora" J. Pawłusiewicz opisuje połów ryb, jaki
odbywał się w okolicach jego rodzinnej wsi : Łęg (ukr. Łuh), niedaleko Soliny w kierunku na Zawóz (od
czasu powstania zalewu solińskiego pod wodą), o ile pamiętam to razem z braćmi i ukraińskimi kolegami
łowili tam jedynie ryby karpiowate, tzn. brzany, jelce, miętusy, węgorze, a sporadycznie pstrągi (idąc za
przedwojenna mapą), bardzo czytelną i dokładną tzw. Wigówką - były to najwidoczniej rodzime pstrągi z
dopływów Sanu, z okolicznych dopływów pasma Otrytu, jak również z lewej strony, od strony bojkowsko-
łemkowskich wiosek : Hulskiego, Krywego, czy też Tworylnego , a wyżej Dwernika. O lipieniu nic nie
wspominał, zresztą parał się on bardziej myślistwem aniżeli wędkarstwem. Pozdrawiam.
 
       


Copyright © flyfishing.pl since 1999
FlyFishing.pl is maintained by Taimen.com - international fly-fishing shop and Taimen.pl - Polish fly-fishing shop