f l y f i s h i n g . p l 2026.01.13
home | artykuły | forum | komis | galerie | katalog much | baza | guestbook | inne | sklep | szukaj
FORUM  WĘDKARSTWA  MUCHOWEGO
Email: Hasło:
Zaloguj automatycznie przy każdej wizycie:
Jeśli jeszcze się nie zarejestrowałeś: Załóż konto

Ostani post! Temat: Odp: Zasady brodzenia w rzece. Autor: andrzej cywinski. Czas 2026-01-13 15:33:44.


poprzednia wiadomosc Odp: Też o historii... tym razem tarła : : nadesłane przez Jerzy Kowalski (postów: 2038) dnia 2025-02-12 11:58:16 z 94.154.12.*
  Ale próby dotyczące zlewni Wisłoki były. I wspomnienia są prawdziwe.
Wspomnienia mogą być prawdziwe, ale daty mogą się nie zgadzać. Czas zaciera pamięć.

Zarybienia pewnie za sprawą wędkarzy.
W latach 50. wątpliwe były prywatne zarybienia. Skąd braliby materiał (w tym okresie materiał lipienia
chyba był wyłącznie w Łopusznej)? Jak go rozwozili, skoro nie mieli samochodów? Wtedy nie było
tylko łowców ryb łososiowatych, co teraz, ani takiego pędu do zarybień wszystkich wód.


Cóż, pamięć służy mi dobrze, daty też pamiętam, więc te inwektywy chyba nie do mnie. Mógłbym
przytoczyć o kim mowa i kiedy, ale RODO ... W każdym razie, w latach 60-tych wędkarze z Krosna mieli
kontakty z lipieniem jako nieznaną im wcześniej rybą w zlewni Wisłoki. Różnie wędkarze działali w tamtych
czasach, ale rzeczywiście bardziej prawdopodobne mogło być to zarybianie, o którym wspomniałeś w
odpowiedzi na komentarz Romka:
Kukuła i Bylakowa (2013) podali: "Ze względu na wysokie walory wędkarskie lipień został
wsiedlony do rzek, w których wcześniej nie występował. Wprowadzono go m.in.
do Wisłoki, Wisłoka, Hoczewki, Solinki i Sanu. Pierwsze introdukcje gatunku
przeprowadzono w latach 50. ubiegłego wieku (Witkowski i in. 1984). Jeszcze na
początku lat 1970. w dorzeczu górnego Sanu lipień nie był notowany (Rolik 1971)."

Warto też wspomnieć o specyficznym miejscu, jakim w tamtych czasach był fragment Bieszczadów po, znanej
lub nieznanej, zmianie granic ... Wtedy potok Wołosaty był łowiskiem zamkniętym, "rządowym" (jak później
Wiar w okolicach Arłamowa) ... jeszcze w początkach lat 70tych widziałem stare tabliczki informujące o zakazie
łowienia ryb ... San powyżej ujścia Wołosatego był w strefie nadgranicznej i trzeba było występować o
specjalne zezwolenie, zgłaszać się do placówki WOP w Lutowiskach, żeby tam łowić... Według informacji jakie
do mnie dotarły, do Wołosatego też próbowano wsiedlać lipienie w tamtym czasie (lata 60/te)... ale na
początku lat 70tych nie zetknąłem się z żadnymi informacjami o tych lipieniach... później, w wyniku
oddziaływania Soliny, łatwiej tam było o leszcza lub okonia ...

Co do pstrągów w Sanie, to rozumiem, że nie znalazłeś źródeł pisanych o nich ... ale jestem
przekonany, że były, skoro były w dopływach Sanu. /i>
Oczywiście, że przed wybudowaniem zapór były pojedyncze pstrągi, zwłaszcza w pobliżu ujścia
potoków z zimną wodą, lub w pobliżu miejsc ze źródłami na dnie. Ale to nie uprawnia do stwierdzenia,
że "łowiono tam pstrągi", bo te trafiały się od Wielkiego Dzwonu.


To właśnie mam na myśli, że zmiana termiki wody po zalaniu znbiorników umozliwiła tym rybom rozwinięcie się
w znaczącą populację. Myczkowce były zalane ok. 1960 roku, a Solina w 1968. W sumie dopiero górny
zbiornik, za sprawą wypływu zimnej wody przez turbiny do Myczkowiec, doprowadził do obniżenia temperatury
Sanu on Zwierzynia w dół ...

San był zostawiony tak trochę "sam sobie" ...
Po wybudowaniu zapór San był w centrum uwagi ichtiologów (zob. ile jest publikacji nt. Sanu w
Gospodarce Rybnej, a także w lokalnej prasie, w tym w Nowinach Rzeszowskich). Pamiętajmy, że na
lata 70. przypadał okres silnego zainteresowania wzrostem produkcji ryb słodkowodnych (polityka
rządu), w związku z dostrzeganym wówczas na horyzoncie kryzysem w połowach dalekomorskich.
Moim zdaniem, prawdopodobnie introdukcja głowacicy w Sanie była właśnie jednym z elementów
wykorzystania potencjału produkcyjnego rzek (w rozmowie ze mną ok. 7 lat temu śp. Goryczko nie
potwierdził tej hipotezy, ale mógł nie znać szczegółów, bo wtedy był młody i nie interesował się
polityką). Wędkarze nie mieli z tym wiele wspólnego. Zarybienia rzek były domeną instytucji
państwowych, a PZW tylko je realizowało, bo trzeba było rąk (darmowych) do pracy.


W centrum zainteresowania była Solina (nawet nie Myczkowce). Nie pamiętam czyja to była idee fixe, ale w
tamtym okresie próbowano wszędzie lokować "troć wdzydzką" ... nie ominęlo to i Soliny (a także później
powstałego zbiornika w Besku na Wisłoku), ale miało być dobrze, a wyszło jak zwykle - lepiej ze szczupakami,
wsiedlono też leszcze i karpie ... leszcze mnozyły się masowo, ale wobec praktycznie braku litoralu miały
formę dośc karłowatą ... stadami odwiedzały San aż do okolic powyżej ujścia Wołosatego ... generalnie,
całość zdominowała "wszystkoryba" z przeznaczeniem na "wyżywienie ludu pracującego miast i wsi" ... były
sieci, mnóstwo wędkarzy... Mantra "wykorzystania potencjału produkcyjnego wód" była odmienian przez
wszystkie przypadki, a zasadzała się na koncepcjach gospodarki stawowej i wydawała się najbardziej dotyczyć
wód stojących (czy przepływowych, żeby być precyzyjnym).
Z takiego Sanu niewiele "białka zwierzęcego" dało sie uzyskac ... mało kto tam łowił, a łowienie pstrągów
uznawano za "fanaberię", podobnie jak ograniczenia na wodach PiL. Jeszcze w połowie lat 70, podczas
dwutygodniowego łowienia od Zwierzynia do Średniej Wsi (namiot mieliśmy koło obecnej wiaty Vision)
spotkaliśmy trzech innych wędkarzy ... dwóch z Krakowa ...

PZW był w dużym stopniu instytucją państwową, "organizacją społeczną" pod pełna kontrolą organizacyjną,
ale zarybieniami zajmowały się zespoły gospodarki rybackiej, póżniejsze MZGRW. Z pracowanikami,
transportem, ośrodkami, finansami. W sumie nie przypominam soibie wykorzystywania darmowych rąk do
pracy. Nawet nie było to zbyt pożądane. Inaczej niż w Czechach czy na Słowacji, gdzie w ramach ich
związków godziny prac na rzecz łowisk były i są wymagane, z ekwiwalentami za niewykonania. Ale to inna
historia.

Pozdrawiam serdecznie

Jurek
  [Powrót do Forum] [Odpowiedz] [Odpowiedz z cytatem]    
 
Nadawca
Data
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [3] 12.02 13:27
 
W centrum zainteresowania była Solina (nawet nie Myczkowce). Nie pamiętam czyja to była idee
fixe, ale w tamtym okresie próbowano wszędzie lokować "troć wdzydzką"


Głównym promotorem tzw. "troci wdzydzkiej" w różnych zbiornikach zaporowych w Polsce był
Zbigniew Wajdowicz. To na jego wniosek do większości nowych zbiorników wpuszczano tego pstrąga,
czy to miało sens, czy nie (np. Zbiornik w Sulejowie i zbiornik w Przeczycach na Przemszy).

W każdym razie, w latach 60-tych wędkarze z Krosna mieli kontakty z lipieniem jako nieznaną im
wcześniej rybą w zlewni Wisłoki.


Lata 60. to nie są lata 50.

PZW był w dużym stopniu instytucją państwową, "organizacją społeczną" pod pełna kontrolą
organizacyjną, ale zarybieniami zajmowały się zespoły gospodarki rybackiej, póżniejsze MZGRW. Z
pracowanikami, transportem, ośrodkami, finansami.


W latach 50. o 60. nie było żadnych zespołów gospodarki rybackiej. Tym się zajmowali pracownicy
PZW (w tym z wykształceniem ichtiologicznym), którym przez długi czas przewodził J. Paladino w ZG
PZW.
Gdy powstało PZW to praktycznie wszystkie jeziora (poza tymi najmniejszymi) przejęły PGRyby, a
rzeki przekazano w użytkowanie PZW (bo rybakom zawodowym z zasady nie opłacało się łowić w
rzekach, poza tymi największymi, np. na Wiśle, Odrze i Narwi (były tam spółdzielnie rybackie, które z
czasem się rozwiązały, bo nie było co łowić, a ryby śmierdziały i nie nadawały się do konsumpcji;
najdłużej utrzymały się spółdzielnie w dolnych odcinkach Wisły i Odry).

W sumie nie przypominam sobie wykorzystywania darmowych rąk do pracy.

A kto płacił wędkarzom za całą robotę związaną z zarybieniami? Nie dosyć, że zarybiali (a ryby
częściowo odławiali rybacy, zwłaszcza te najcenniejsze), to jeszcze musieli płacić składki.

 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 14:51
 
W centrum zainteresowania była Solina (nawet nie Myczkowce). Nie pamiętam czyja to była idee
fixe, ale w tamtym okresie próbowano wszędzie lokować "troć wdzydzką"


Głównym promotorem tzw. "troci wdzydzkiej" w różnych zbiornikach zaporowych w Polsce był
Zbigniew Wajdowicz. To na jego wniosek do większości nowych zbiorników wpuszczano tego pstrąga,
czy to miało sens, czy nie (np. Zbiornik w Sulejowie i zbiornik w Przeczycach na Przemszy).


Dzięki Staszku,

Może miałoby to sens (przynajmniej w przypadku Soliny czy Beska) gdyby w Polsce była silna historia jezior z
pstrągami i tradycja ich utrzymymywania. Z tradycją jezior szczupakowych i leszczowych takie próby były
skazane na niepowodzenie i skończyły się jak wiadomo. W tych zbiornikach łowić było wolno na wszystko, a i
konkurencja masowo występujących szczupaków (w Solinie) czy intensywne połowy (w Besku) jeszcze
"wspomagane" przez miejscową ludność pozyskującą "sprzętem rolniczym" duże ryby ciągnące w małe
rzeczki na tarło doprowadziły do praktycznego zaniku tych pstrągów (choć i współcześnie trafiają się wielkie
pstrągi w Solinie)... A jeszcze we wczesnych latach 70tych znajomy wędkarz złowił na muchę taką 5-
kilogramową troć w Solince, niedaleko ujścia Wetlinki, co było wydarzeniem. Dość szybko wędkarze wymogli
decyzje o urządzeniu "Soliny bliżej Krosna i Jasła" i zarybienia szczupakami, sandaczami, karpiami
ukonstytuowały status ichtiofauny zbiornika w pięknym przełomie Wisłoka ...

W każdym razie, w latach 60-tych wędkarze z Krosna mieli kontakty z lipieniem jako nieznaną im
wcześniej rybą w zlewni Wisłoki.


Lata 60. to nie są lata 50.


Widzę, że dochodzimy do porozumienia. Tak na biologiczny i wędkarski rozum, żeby wędkarze mieli kontakt
z tymi rybami w latach 60tych to musiano zacząć "zasiewać" tym wylęgiem w latach 50tych. Wydaje mi się, że
powinienes być usatysfakcjonowany życiowym potwierdzeniem znalezisk "papierowych" ...

PZW był w dużym stopniu instytucją państwową, "organizacją społeczną" pod pełna kontrolą
organizacyjną, ale zarybieniami zajmowały się zespoły gospodarki rybackiej, póżniejsze MZGRW. Z
pracowanikami, transportem, ośrodkami, finansami.


W latach 50. o 60. nie było żadnych zespołów gospodarki rybackiej. Tym się zajmowali pracownicy
PZW (w tym z wykształceniem ichtiologicznym), którym przez długi czas przewodził J. Paladino w ZG
PZW.


Tym razem mowa była o latach 70tych, po zalaniu zbiorników na Sanie, ale mniejsza o to ... Późniejsze
MZGRW (powstałe z tych wcześniejszych zespołów po reformie administracyjnej 1975 i powstaniu okręgów w
tych nowych województwach) też były jednostkami PZW i pracownikami PZW. W każdym razie gospodarką
zajmowali się pracownicy, rzadko sami wędkarze, chyba że ci "wtajemniczeni" i "funkcyjni" ... Zresztą, ta część
gospodarcza była bardzo chronioną prerogatywą zarządzających ... o ile mogli (do pewnego stopnia) wypuścić
w "niesprawdzone" ręce takie działalności jak sport wędkarski, to decyzje gospodarcze były pod ścisłym
nadzorem....

W sumie nie przypominam sobie wykorzystywania darmowych rąk do pracy.

A kto płacił wędkarzom za całą robotę związaną z zarybieniami? Nie dosyć, że zarybiali (a ryby
częściowo odławiali rybacy, zwłaszcza te najcenniejsze), to jeszcze musieli płacić składki.


Jak wyżej - wędkarze w tę robotę związaną z zarybieniami nie byli angazowani. Chyba, że bardzo chcieli, a i to
było z wielką "łaską" ... Wędkarze wpłacając składki płacili pracownikom, przynajmniej częściowo, jak to w
takich strukturach jest ... no i przynależnośc uprawniała do łowienia ryb, czym się wędkarze głównie zajmowali
i zajmują. Nawet w Ustawie z 1985r. PZW (nienazwany po imieniu) został określony jako "organizacja
amatorskiego połowu ryb" ... bo do tego się sprowadza(ł)...

Pozdrawiam serdecznie

Jurek
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 15:10
 
W latach 50. o 60. nie było żadnych zespołów gospodarki rybackiej. Tym się zajmowali
pracownicy
PZW (w tym z wykształceniem ichtiologicznym), którym przez długi czas przewodził J. Paladino w ZG
PZW.
Gdy powstało PZW to praktycznie wszystkie jeziora (poza tymi najmniejszymi) przejęły PGRyby, a
rzeki przekazano w użytkowanie PZW (bo rybakom zawodowym z zasady nie opłacało się łowić w
rzekach, poza tymi największymi, np. na Wiśle, Odrze i Narwi (były tam spółdzielnie rybackie, które z
czasem się rozwiązały, bo nie było co łowić, a ryby śmierdziały i nie nadawały się do konsumpcji;
najdłużej utrzymały się spółdzielnie w dolnych odcinkach Wisły i Odry).

W sumie nie przypominam sobie wykorzystywania darmowych rąk do pracy.


Dla uzupełnienia

Spółdzielnie zaczęto likwidować i tworzyć PGR-y już w latach 1948–1949. Zabierano im ośrodki
zarybieniowe, które wcześniej otrzymały i wyremontowały. Rugowano je z wód. Proces ten trwał do 1951 roku. Natomiast
jeśli brać pod uwagę Centralę Rybną, likwidacja spółdzielni rozpoczęła się jeszcze wcześniej – w tym
przypadku dotyczyła głównie eliminacji handlu rybami prowadzonego przez spółdzielców. Była to
część szerszej walki o kontrolę nad handlem, w której kluczową rolę odgrywał Hilary Minc.

Jeśli chodzi o zarybienia w latach 50., były one finansowane z opłat wnoszonych przez wędkarzy i
resztki rybaków ze spółdzielni (składki na ochronę i zagospodarowanie wód). Środki te formalnie
trafiały do Wojewódzkich Rad Narodowych (WRN), które następnie, w ramach zadań zleconych,
przekazywały je Polskiemu Związkowi Wędkarskiemu (PZW) na realizację zarybień. Ale formalnie to
WRN prowadziły akcje zarybieniową - (współudział PZW tak zapisano w materiałach PZW z 1956 r)
Była to w praktyce darmowa siła robocza i przykład centralnego planowania.

Ponadto wędkarze płacili za kartę wędkarską oraz składkę członkowską – podobnie jak dzisiaj w
PZW. Dodatkowo obowiązywały różne opłaty, np. za regulamin połowu ryb. Przed powstaniem PZW
regulaminy te wydawały związki rybackie (przynajmniej na terenie KTR – 1947).

Model finansowania zarybień w dużej mierze opierał się na wcześniejszych rozwiązaniach. Składki
na Fundusz Ochrony Rybołówstwa (FOR) oraz część czynszu dzierżawnego trafiały do funduszu
ochrony rybołówstwa, a związki rybackie (np. KTR) realizowały zarybienia w ramach zadań
zleconych. Jeszcze przed wojną tylko niewielka część środków z tego funduszu była faktycznie
przeznaczana na zarybienia.

Jak po 1950 roku rozdzielano wpłaty ze składek na ochronę wód – tzn. ile faktycznie trafiało na
ochronę i zagospodarowanie wód nie sprawdzałem matematycznie, ale niewiele. Warto również
pamiętać, że przez długi czas zarybienia były podporządkowane celom aprowizacyjnym, np. hodowli
łososia. Zarybienia te spadały ale do połowy lat 50 stanowiły gro środków - w praktyce wędkarze
finansowali zarybienia łososi - które teoretycznie mieli łowić rybacy w Bałtyku.

Trzeba mieć na uwadze, że w latach 50. nadal obowiązywały kontyngenty – choć nazywały się
inaczej. O niczym nie decydowali wędkarze, rolnicy ani rybacy – decyzje podejmowali urzędnicy,
których zadaniem było realizowanie założeń planu sześcioletniego, zakładającego m.in. wzrost
produkcji ryb.


Tu zarybienia z 1954 cała Polska oprócz PGR (lipienia brak) w zarybieniach ujęte zarybienia na
wodach spółdzielni. Z dzisiejsze perspektywy - w tamtym czasie nie prowadzono zarybień

łosoś troć narybek letni . 1 472 120 sztuk, jesienny 123800 szt
pstrąg potokowy . » letni 1 142 500, jesienny 73000 szt
pstrąg tęczowy » letni 981000, jesienny (palczak) 201 000 szt
sandacz jesienny „ 63 000 szt.
sandacza ikra zapłodniona „ ko. » 19 200 000 szt
karp jesienny 13 054 kg
karp kroczki 26 740
szczupak wylęg 17 210 000 szt
karaś kroczki 7.000 g
lin narybek i kroczki 10 000 kg
okoniopstrąg 680 kg
 
  Odp: Też o historii... tym razem tarła [0] 12.02 15:46
 
Lipień pojawia się z zarybieniach z 1962 r
było to w skali PZW 74 000 wylęgu i 17 000 narybku jesiennego. Ale gdzie poszedł nie wiem>

Pozdr Maciej
 
       


Copyright © flyfishing.pl since 1999
FlyFishing.pl is maintained by Taimen.com - international fly-fishing shop and Taimen.pl - Polish fly-fishing shop