f l y f i s h i n g . p l 2020.09.26
home | artykuły | forum | komis | galerie | katalog much | baza | guestbook | inne | sklep | szukaj
FORUM  WĘDKARSTWA  MUCHOWEGO
Email: Hasło:
Zaloguj automatycznie przy każdej wizycie:
Jeśli jeszcze się nie zarejestrowałeś: Załóż konto

Ostani post! Temat: Odp: Kwestia zarybienń. Autor: trouts master. Czas 2020-09-25 08:50:48.


poprzednia wiadomosc Odp: O : : nadesłane przez Jerzy Kowalski (postów: 1885) dnia 2019-10-06 17:09:07 z *.centertel.pl
  Drogi Staszku,

Mam teraz taką sytuację, że mało czasu na aktywne reagowanie, podobnie jak i zapał już inny po latach nieprzynoszących pożądanych zmian.

Bardzo Ci dziękuję za Twój obszerny komentarz, choć trochę się dziwię niektórym fragmentom. Pewnie, że piszę odmiennie, choć nie o odmiennych kwestiach, mając dość wiedzy i doświadczenia. Szanuję również Twoją, choć polemicznie.

Muszę powiedzieć, że zaskoczyła mnie Twoja nieprzyzwoita insynuacja jakobym bronił systemu czy też był z niego zadowolony. No ale takie mamy dziś czasy, że łatwo rzucanie takich przychodzi … Podobnie jak posługiwanie się różnymi resentymentami, szkodzące poszukiwaniu rozwiązań.

Więc system jest jaki jest i na razie nie ma innego, oraz zbyt wielu przesłanek do tego, żeby go zmienić, też nie widać. Można w tym systemie, tak jak robi to każde racjonalne przedsięwzięcie, wyciągać najwięcej tego, co się da, ale można też „marudzić” że system zły, to nie robimy nic … Nikt też nie zadekretuje wartości wędkarstwa i środowiska do jego uprawiania bez udziału samych wędkarzy w wytwarzaniu wartości i jej liczeniu … Rynek decyduje o wszystkim.

Ja zawsze miałem takie nastawienie, że trzeba uzyskać jak najwięcej w ramach dostępnych możliwości. Jak tylko powstała możliwość wynikająca z ustawy z 1985r. doprowadziłem do wprowadzenia pierwszego w Polsce systemu ewidencji połowów żeby mierzyć efekty, a nie nakłady. Również po to, żeby usprawnić panowanie nad eksploatacją. Jakiś czas temu napisałem artykuł o tym, że ewidencja połowów to też sposób na kontrolowanie jakości pracy zarządów i pracowników, możliwość tworzenia założeń osiągania efektów. Jakoś się nie zdziwiłem, że nie został opublikowany.
Sami wędkarze też nie rozumieją, że opisywanie efektów także jest narzędziem do pokazywania innym wartości tego, co się robi, oraz zmian w efektach które mogą być wywołane przez zmiany środowiskowe czy inwestycje, co umożliwia roszczenia. No ale przecież skoro nie chcą, to „chcącemu nie dzieje się krzywda” … Najwyraźniej takie funkcjonowanie jest wygodne i korzystne w mniemaniu … gorzej, że również tych, którzy powinni wiedzieć i rozumieć więcej …

Warto też byłoby wspomnieć o udziale firm obsługujących wędkarstwo oraz ich aktywności (bądź raczej braku tejże) w opisywaniu wartości sektora i zależności od jakości środowiska do uprawiania tego hobby przez setki tysięcy czy ponad milion Polaków. Sektor turystyczny też nie kwapi się do szacowania wartości zależnej od wędkarstwa, bo co im tam. Zresztą, trudno powiedzieć jaki jest i na ile ten „rynek” jest w stanie jakieś znaczące wartości generować. Do tego wszystko jedno po co turyści przyjadą, byle pieniądz zostawili … Taki oportunizm niskich lotów, dominujący wszędzie.

Swego czasu proponowałem Kolegom na przykład z Lublina, żeby wstępowali do lokalnych knajpek kiedy jadą nawet niedaleko od domu, nad Bystrzycę czy nad Bystrą, żeby się pokazali lokalnie, uzmysłowili tym ludziom że są, że zostawiają tam pieniądze. Wzbudziło to zdziwienie nawet wśród ludzi, którzy wydawali się rozumieć o co chodzi. „Ale po co? Przecież mogę wziąć z domu kanapki i termos. Po co mam iść do lokalnej restauracji?” Tymczasem kajakarze jak się zatrzymają niedaleko to przyjdą, przyniosą swoje rzeczy, zjedzą, wypiją, pogadają. Tak samo rowerzyści, w swoich charakterystycznych strojach … No i w sytuacji sporu o nakłady i inwestycje wokół rzek czy w rzekach, kogo poprze lokalna społeczność? Tych, których widzi, zna i rozumie, od których coś dostaje, jakąś wartość ekonomiczną, czy tych „chowających się po krzakach”? To niby drobna sprawa, a bardzo ważna. I niezależna od „systemu”. Zależna zaś wprost od wędkarzy. I dająca szanse na jakiekolwiek zmiany, które mogą zostać zapoczątkowane przez tych, którzy wiedzą i chcą żeby było lepiej.

Pomysły w rodzaju „bo przed wojną…” albo „bo w USA, w UK, w Skandynawii …” należą do kategorii jaką określam „marudzeniem” bo ze związkami przyczynowymi mają niewiele czy nic wspólnego. Żeby nie być gołosłownym „bo przed wojną…”, jak pisał kiedyś jeden senior wędkarstwa, jego ojciec płacił roczną składkę w Towarzystwie wynoszącą 360 zł, na co pozwalał jego status materialny wysokiego oficera. Dla porównania – w tamtych czasach pensja mojej ciotki jako młodej nauczycielki wynosiła 120 zł miesięcznie, a żeby zostać przy rolnictwie – krowa kosztowała 100-120 zł … Dlatego też 25 wędkarzy zatrudniało 1 strażnika rewirów. Prawie 4000 wędkarzy w krakowskim Towarzystwie zatrudniało ponad 150 strażników. Do tego inne były stosunki własnościowe i inne warunki środowiskowe (ładnie opisał różnice prof. Wejchert w „Fikotach i lorbasach …” – zwłaszcza w Posłowiu. Tam też jest o tym kto wędkował w rewirach). No i rzeczywiście i oczywiście wędkarstwo w Polsce nigdy nie miało statusu aktywności prestiżowej … wystarczy przeczytać Pana Tadeusza i zawarty tam opis obyczajów, w którym nawet nie ma wzmianki o nim … Dlatego do dziś chyba większe zmartwienie sprawiłby zanik grzybów w lasach niż ryb w wodach …

To, co dzieje się w innych, przywoływanych krajach, warunkuje rynek. Czyli ilu ludzi jak wielkie nakłady chce przeznaczyć na swoje hobby i jakie jest nastawienie do spędzania czasu poza domem na różnych aktywnościach. I jakie przychody to generuje, w obrocie, zatrudnieniu, usługach itp. itd. Dokładnie tak samo jest u nas. Rynek (czyli ludzie) decyduje … tylko jakoś inaczej …

Chyba nie chcesz wmówić, że Amerykanie przeznaczają miliardy dolarów na swoją służbę leśną (która zajmuje się wodami publicznymi) ot tak, bo lubią … To przynosi konkretne miliardy dolarów w obrocie wielu firm obsługujących wędkarstwo i stanowi o wartości tego hobby. Znane przeliczenia ile tysięcy dolarów generuje jeden steelhead czy łosoś złowiony przez wędkarza … To samo w Skandynawii czy w Niemczech …
I znów kwestie własnościowe – w US woda jest publiczna ale dostęp prywatny. Więc można mieć licencję za kilka dolarów, ale trzeba wynająć za kilkaset przewodnika z łodzią, żeby spłynąć atrakcyjnym odcinkiem rzeki i łowić … inaczej jest się nierzadko ograniczonym do okolicy mostu, gdzie dostęp jest publiczny jak i woda … 😉 Do tego kwestie demograficzne – bardzo atrakcyjne tereny wędkarskie są w regionach wielkości Polski, o średnim zaludnieniu poniżej 5 osób na km. kw. W UK zaś rynek jest taki, że wystarczy byle dołek z „wpuszczakami” i jest dość ludzi płacących po kilkadziesiąt funtów dziennie za łowienie żeby to utrzymać – jest zatrudnienie, podatki, wartość … A są też tacy, którzy płacą po kilkaset funtów dziennie żeby łowić „wpuszczaki” w rzekach z ograniczonym dostępem. Jest inny „system” tylko jak ma się on do naszej rzeczywistości?

Tworzenie mitów, że nagle, jakimś dekretem, będzie u nas wędkarska Skandynawia, UK czy USA jest „marudzeniem” … Natomiast można pokazać wartość wędkarstwa choćby w taki sposób jaki opisałem w odniesieniu do spraw sądowych, choćby od strony użytkownika rybackiego, tylko trzeba mieć co policzyć i podstawy żeby dane gospodarcze przedstawiać. Nawet w tym systemie. Pod warunkiem, że się coś robi.

Pewnie, że można pojechać gdzieś indziej, do tych, którzy potrafią, którzy sami sobie urządzili swój świat w sposób racjonalny. To o wiele łatwiejsze niż organizowanie rzeczywistości u siebie. Wędkarstwo to tylko jeden z wielu obszarów różniących Polskę od innych krajów. I udział w jego modernizowaniu to jakiś przyczynek do ogólnej modernizacji kraju, tak jak to traktowali ci, którzy w Galicji i Lodomerii w XIX wieku starali się przywracać racjonalność do tej, wówczas też wcześniej zdewastowanej, dziedziny gospodarki.

Nie rozumiem co opisujesz jako „czynsz dzierżawny”. Dzierżawa to zupełnie inna kategoria własnościowa niż to, co mamy w wodach płynących. Miała kiedyś zastosowanie do gruntów z jeziorami w gestii AWRSP. Czegoś takiego jak „czynsz dzierżawny” nie ma. Jest opłata za użytkowanie rybackie, ale stała, niepodlegająca konkursowi ofert. Podstawą konkursu jest wartość „nakładów finansowo-rzeczowych” sprowadzających się do zarybień. I zabezpieczenie finansowe kontraktu do tej wartości się odnosi. Wciąż nie do wartości socjoekonomicznej wędkarstwa, która jest międzynarodowo rozpoznawalną kategorią oceny wartości. Mierzoną efektami, a nie nakładami. Taką można policzyć, da się policzyć w obecnym systemie, przeliczyć na kilometr rzeki generującej taką wartość. Tylko dla większości będzie to niziutka kwota. Natomiast dla takiego Sanu, generującego miliony złotych obrotów rocznie w regionie, był to jeden ze sposobów pokazania szkód przed sądem – skutecznie. Tylko tego się nie robi u nas. Gdyby się robiło, to obawiam się, że karp generuje większą wartość socjoekonomiczną niż pstrąg czy lipień … przy niższych nakładach i wymaganiach środowiskowych …

Pamiętam sytuację sporu w Lublinie w sprawie niszczenia rzek pstrągowych żeby ułatwić życie firmom rozkręcającym interesy na „kajakarstwie” … Wartością był obrót na tych kajakowych interesach rzędu 5 mln zł rocznie … W prosty sposób dałoby się pokazać, że 20 000 wędkarzy zrzeszonych w lubelskim okręgu generuje podobny obrót z samych składek, wpłacając po ok. 250 zł rocznie (wprawdzie nie 3 pensje nauczycielki od osobnika, ale zawsze ) . Generuje przy tym zatrudnienie, podatki (choćby wynikające z tegoż zatrudnienia), a do tego drugi podobny albo i wyższy obrót kupując sprzęt i usługi. Do liczenia tego nie trzeba wielkiego wysiłku a trudno akademicki ośrodek posądzać o niedobór kadr. Podobnie jak na Mazowszu. „System” winien? Nie da się z niego i w jego ramach „wycisnąć” więcej? Po co? Ano po to, żeby mieć przesłanki do zaproponowania zmiany systemu, jego usprawnienia, mając konkretne i rzeczowe argumenty. Bez nich to tylko kolejne „marudzenie”. No i zawsze przegrana z „prostującymi” rzeki czy z tworzącymi zapory i zalewy, bo z jednej strony to zgodne z trendami „przerobu” nadwodnych „betoniarzy”, a z drugiej – znajduje uzasadnienie w jakimś konkrecie policzalnym finansowo. Do tego zawsze znajdzie się dość wędkarzy, którym spodoba się kolejna stojąca woda z sandaczami czy leszczami, bo takich jest większość, niestety … I znów inaczej niż wśród kilkunasto- czy kilkudziesięciotysięcznej gromadki zasobnych wędkarzy „przed wojną” …

No i co po tej, wspomnianej przez Ciebie, inteligencji, skoro ona sama nie robi użytku z rozumu? Nie potrafi się dogadać, zorganizować do twórczego działania, zarządzać? Napisałem o tym nie bez kozery opisując rozczarowanie na Mazowszu. Dla mnie o wiele większą inteligencję wykazali Koledzy z Podkarpacia, którzy potrafili wiele zrobić, nawet w tym „systemie”, umiejąc się zorganizować, podejmować dobre decyzje, wykorzystać różne źródła finansowania, niż zasobni i wykształceni, liczni z Mazowsza, którzy poza narzekaniem i indywidualnymi, rozproszonymi akcjami nie osiągnęli niczego. Zresztą, nie pierwszy już raz, bo zmiany dokonujące się od XIX wieku spłynęły na Mazowsze z Galicji, a nie powstały samodzielnie.

Dużo by na ten temat można, ale bez zorganizowanego działania trudno o zmiany.

Pozdrawiam serdecznie

Jurek Kowalski

  [Powrót do Forum] [Odpowiedz] [Odpowiedz z cytatem]    
 
Nadawca
Data
  Odp: O [1] 06.10 21:01
 
Muszę powiedzieć, że zaskoczyła mnie Twoja nieprzyzwoita insynuacja jakobym bronił systemu czy też był z niego zadowolony. No ale takie mamy dziś czasy, że łatwo rzucanie takich przychodzi …

A gdzie w Twojej wypowiedzi są propozycje zmiany systemu? Wskazujesz na dobry przykład Krosna, uznając, że wystarczy go ekstrapolować na cały kraj i sprawa załatwiona. Nic bardziej błędnego, tym bardziej, że - jak widzę - masz słabe rozeznanie nt. sytuacji w OM. Ja opowiadam się za demonopolizacją połączoną z czynszem dzierżawnym, bo każdy monopol prowadzi do nieefektywności, a czasem nawet do patologii (de facto to się dzieje).

Wspomniana przez Ciebie wielkość nakładów (czyli zarybień) w operatach jest nieporozumieniem. Im szybciej odejdzie się od tego kryterium, tym lepiej.
Po pierwsze, prowadzi się wiele zarybień, nie patrząc na to, czy mają sens z punktu widzenia przyrodniczego i wędkarskiego. Sztandarowym przykładem był operat Pisy (głowacica, pstrąg i lipień). Podobnie jest ze szczupakiem - prawdopodobnie największe zarybienia w skali kraju dotyczą tego gatunku. Czy ktoś zrobił jakąkolwiek analizę potrzeb zarybień tym gatunkiem w Polsce lub analizę skuteczności zarybień (dotyczy to też innych gatunków)? Tymczasem od kilkudziesięciu lat są wyraźne wskazania, w tym EIFAC FAO, że zarybienia tym gatunkiem są uzasadnione tylko w szczególnych przypadkach. W USA nawet są opracowania wskazujące, że zarybienia odniosły odwrotny skutek (zmalała populacja szczupaka i połowy).
Po drugie, z powodu konieczności zarybień dokonuje się przenoszenia materiału z jednego końca Polski na drugi. Karygodny błąd z punktu widzenia genetycznego, a także przenoszenia pasożytów i chorób. Od ponad 20 lat w nauce wiadomo, że nie wolno mieszać różnych populacji. Prawdopodobnie pierwszą publikacją w Polsce, w której wyraźnie o tym napisano i napiętnowano niewłaściwe zarybienia i zapisy w operatach, jest książka Lipień. Również w monografii o szczupaku będzie to podane.
Po trzecie, jeśli już koniecznie trzeba uznać nakłady, jako istotny element operatu, to należy się skoncentrować na działaniach na rzecz poprawy środowiska, w tym np. na odbudowę tarlisk, ochronę środowiska, itp.

Do świadomości wędkarzy ciągle nie dociera, że zarybienia nie leczą choroby, lecz tylko jej objawy. Należy dążyć do stworzenia takiej sytuacji, w której zarybienia nie będą konieczne. Każdy materiał zarybieniowy pochodzenia hodowlanego jest gorszy od ryb z naturalnego tarła. Dlatego trzeba i tu zmienić system, tj. wprowadzić odpowiednie rygory dotyczące presji wędkarskiej (samo C&R nie rozwiązuje problemu, bo czasem śmiertelność ryb może być na tym samym poziomie co C&K, czego wędkarze jakoś nie mogą zrozumieć).

Pomijam kwestie gatunków wprowadzonych do wód, w których nie występowały lub wyginęły, bo te kwestie regulują nieco inne zasady.
 
  Odp: O [0] 07.10 17:06
 
Drogi Staszku,

Od zawsze w każdej mojej wypowiedzi jest o zmianie systemu. Nie zawsze wypowiadanie zaklęcia "zmienić system" cokolwiek znaczy. A czasem jest przejawem braku rozeznania.

Weźmy powszechne lamenty nad "znikomą społeczną szkodliwością czynu" w sprawach o kłusownictwo i umarzaniem spraw. Tymczasem wystarczylo dobre policzenie szkód, wystąpienie w roli oskarżyciela posilkowego przed sądem, zatrudnienie adwokata umiejącego reprezentować użytkownika rybackiego przed sądem i o żadnym umorzeniu nie było mowy, nawiązka była w miarę godziwa, a wręcz doszło do zmiany orzecznictwa sądów.

To samo dotyczy wielu kwestii gospodarczych dotyczących wędkarstwa.

Ogromny zakres zmian można wprowadzić na zasadzie "co nie zabronione to dozwolone" ... Poza tym, do wprowadzania zmian trzeba się przygotować, robiąc to, co jest możliwe teraz ... i zmiany wprowadzać mając zaplecze wiedzy i doświadczenia z sytuacji obecnej ... Jak chcesz historycznie to nasi poprzednicy w Galicji nie poszli do C.K. Parlamentu mówiąc "jest źle, uchwalcie nam inne przepisy to bedzie dobrze".Oni najpierw wprowadzili wiele nowości w ramach warunków, które byly, ale rzeczywiście wprowadzili, i wtedy poszli do kogo trzeba żeby uchwalić nowe zasady, żeby wspierać i chronić to co udowodnili, że jest dobre ... Tak to działa ...

Co do "popierwszego" - różne jest znaczenie zarybień, czasem niepotrzebne a czasem są podstawą istnienia łowisk... niekoniecznie naturalnych z "zamkniętym cyklem odnowy populacji" ... w naszych warunkach środowiskowych to raczej wyjątek niż reguła, a nakładów żeby to zmienić trzeba by więcej niż na jakieś programy socjalne ... zresztą, w efektywność wielu zarybień można wątpić (pisałem wiele razy o "złotych rybkach"), ale znów - jeśli nie mierzy się efektów to trudno o czymkolwiek mówić ... do tego w sumie te "nakłady ..." nie są znowu przesadne, jeśli można je pokryć ze skromnych składek wędkarzy ... Ile rzeczy można robić ponad to wymagane minimum, jesli się chce i robi ... Nasi Koledzy w Lublinie, na Śląsku, w Słupsku i Lęborku, w Krośnie, w Myślenicach robią te wszystkie rzeczy normalne i pokazują, że się da ... Czy to przynosi efekty - jeszcze inna sprawa, bo czynników prowadzących do wytworzenia efektu jest wiele, a do destrukcji wystarczy jeden czy dwa ...

A co do podrugiego - okazało się, że w wielu przypadkach "inbreeding" populacji przenoszonych czy ryb hodowlanych jest znikomy ... Jak się na przykład okazalo z pstrągami potokowymi w Anglii ... Można zarybiać rybami niepłodnymi i unikać mieszania materialu genetycznego ... Natomiast o kwestiach genetycznych "popeniłem" obszerny materiał na NaMuche.pl jakieś 15 lat temu, nawiązując do arcyciekawego opracowania dotyczącego pstrągów potokowych ...

Dążenie do sytuacji, w której zarybienia nie będą konieczne jest dobre i cenne, ale i czasem czy nawet często - po prostu jest populistycznym chwytem ... "Tak krawiec kraje jak mu materii staje" ... No i kwestia wartości "skórki za wyprawkę" ... I znów wraca kwestia gęstości zaludnienia, związanej z tym skali zmian w środowisku, ogólnego zmniejszenia zasobów wody szczególnie w Polsce, sezonowości przepływów innej niż kilkadziesiąt lat temu itp. itd.

Natomiast odnośnie regulowania presji, ograniczania wielkości eksploatacji całkowitej i jednostkowej, niewystarczalności C&R wiele razy już bylo ... począwszy od innych publikacji na NaMuche.pl, po wprowadzenie systemu ograniczającego na wodach "pstrągowych" w Krośnie wprowadzonych na tej podstawie ... To też da się zrobić, przygotowując się do zmiany systemu ...

Co nie jest zabronione to można robić ...

Pozdrawiam serdecznie

Jurek Kowalski
 
  Odp: O [7] 06.10 21:21
 
Panie Jerzy,
Polski muszkarz wyciąga najwięcej ile się da w ramach istniejących możliwości z kieszeni
składek leśnych dziadków na swoje pstrągi w krzaki o których wie 10 - 20 osób. Milczenie
jest uznawane za koleżeńskie, a jest to zwykłe cwaniactwo i okradanie i tak biednego ludu
spławikowego przez... nazwijmy to po imieniu, elitę zastępczą. Takie usilnie poszukiwanie
rozwiązań, skończyło się w wielu miejscach utrwaleniem postaw, które tak naprawdę stoją
na drodze do rozwoju uczciwe finansowanych łowisk. Cwaniactwo zawsze źle się kończy.
Największym kłopotem tych łowiących za cudze jest to, że oni chcą sami w bezdrożach
łowić te swoje ryby, jednak z operatu opłaconego przez kogoś innego. Struktury takie
ograniczają liczbę znajomych, niemile widzą nowych adeptów, których uważa się za
konkurencję i kandydatów do zadeptania rzeki... takie środowiska nie mogą się rozwijać i w
istocie się nie rozwijają. Trwają w rachitycznych grupach przy okręgach, coś tam wyrwą na
wyjazd na zawody, jakieś worki z rybami rozwiozą, pocieszają się i poklepują.

Jest niewiele, bo jest tanio i do dupy, w związku z tym po co nam nowi adepci skoro TU i
TERAZ albo jutro jadę na tamtą rynnę gdzie stoją 4 ostatnie miarowe, a za tamtym zakrętem
w zwałce ostatni potok 50+. Po co mi jakieś dzikie tłumy z tanimi a fe Jaxonami skoro ja
chcę sam. Próg wejścia musi być duży, oczywiście próg wejścia w spodniobuty za 4 tysiące,
bo już w rzekę próg wejścia wynosi 200 zł rocznie i tak ma zostać, więcej będzie na
kolekcjonerstwo

I tak oto elity zastępcze zasrały sobie drogę do polepszenia warunków gospodarowania,
miksując PRL-owskie cwaniactwo, zagraniczne przebieranie się za elitę z wrodzonym
poczuciem własnej wartości wynikającej tylko z samego myślenia o sobie dobrze.

System nieuczciwe finansowany nie może się rozwijać, jest skazany na redukcję i
ostatecznie zanik. Zdjęcie harcerzy w aktualnościach strony internetowej jednego z
Towarzystw mówi wszystko.

"Przy okręgu są możliwości"... ktoś mi to kiedyś mówił. Otóż przy okręgu jest rozleniwiający
wielki cyc dotacji od spławikowców, który z definicji demoralizuje i programuje dane
środowisko na niechybną śmierć i utratę jakiegokolwiek znaczenia.

Pryncypiów nie można odrzucać, żeby zrobić byle co. Towarzystwa niestety zgodziły się na
cichą demoralizację, bo wygrało tu i teraz, ta jętka, bo jutra może nie być... jutro niestety
przyszło, bardzo wstydliwe dla tych wszystkich jełopów, co ze mną na forach walczyli z
powodu poczucia zagrożenia, że mogą utracić swoje tu i teraz. Czułem, że tak się stanie i
tak się stało. Jednak jak mawiał kolumbijski filozof, "Nigdy nikogo nie interesuje to co mówi
reakcjonista, ani gdy mówi, bo wydaje się to absurdale, ani później, ponieważ jest to
oczywiste."


Pozdrawiam
Krzysiek
 
  Odp: O [6] 07.10 17:17
 
Szanowny Panie Krzysztofie,

Fajna opowiastka i potencjalnie chwytliwa, tylko że zawierająca głównie uogólnienia modeli. No i pełna słów o pozmienianym znaczeniu.

Jeśli mowa o elitach to są nimi ludzie, którzy zajmują się organizowaniem i gospodarowaniem.

Bardzo usilnie i skutecznie przekonywałem Kolegów, którzy zdecydowali się podjąć często niewdzięcznej roli wprowadzania zmian, żeby nie ograniczali się do "swojego podwórka", do "swojej" częsci hobby, co jest kuszące, tylko żeby dbali na równi o wszystkich. I tak się dzieje we wspomnianym Lublinie, w Krośnie, wszędzie tam gdzie następują zmiany ...

Wie Pan od czego zaczęła się działalność nowego zarządu i Dyrektora i pracownikó w Krośnie, po zmianach w 1997r.? Zmianach wprowadzonych przez "muszkarzy"? Otóż zaczęła się od ... remontowania stawów karpiowych w Zarszynie ... Na pstrągi i lipienie przyszedł czas później ...

Tak samo na przykład wydzielenie łowiska na Sanie pozwala na finansowanie wód "pstrągowych", podobnie przychody z hodowli ryb w ośrodkach ... Wydatki tylko na ryby do zarybień przekraczają wielkość składek okręgowych - wszystkie inne koszty są pokrywane z innych źrodeł ... Tak działa elita. Jak ją nazywam - "elita ducha i rozumu" ...

To ci pozostali mają się dobrze "przy muszkarzach" ... którym "chce się więcej" ...

Pozdrawiam serdecznie

Jerzy Kowalski
 
  Odp: O [5] 07.10 17:32
 
Szanowny Panie Jerzy,
Niech Pan wykona telefon do jakiegokolwiek lokalnego środowiska muchowego w Polsce i zapyta się dlaczego
nie myślą o niezależności w gospodarowaniu? Właśnie dlatego, że plebs musi dorzucić się do pstrągów i lipieni
Innego powodu nie ma.

Ten model redukuje rozwój, ponieważ tam gdzie dzieli się korzyści ogniskujące się na niewielkiej grupie - tam owa
grupa ma tendencję do stagnacji lub nawet zmniejszania. Natomiast tam gdzie zaczyna się od wysokich kosztów
na osobę, chętnie dokopuje się młodszych, żeby owe koszty zmniejszyć, aż do osiągnięcia stanu równowagi. W
dzieleniu ukradzionego nie ma takiego interesu.

P.S. Sprytnie im Pan podpowiedział. Prosty lud stosunkowo łatwo i tanio da się kupić i to Pan też na pewno wie.
Tyle, że ten model na północy nie działa. Ten model to próba dzielenia nędzy, ma wbudowany mechanizm redukcji
w swoje DNA.


Pozdrawiam serdecznie
Krzysiek
 
  Odp: O [4] 07.10 18:13
 

Szanowny Panie Krzysztofie,

Interesują mnie ci, którzy chcą i potrafią coś zrobić ... I takie środowiska znam ...

A ludzie są różni i dlatego mam więcej wątpliwości niż niektórzy ... Choćby na tej "północy", wśród dbających o rzeki, ofiarnie pilnujących tarlisk troci dniami i nocami, tworzących tarliska troci są zarówno tacy, których stać na pojechaniedo Skandynawii na łososie jak i tacy, którzy na "bezrobociu"czy z wynagrodzeniami takimi, które sprawiają, że na wpłacenie składki pozwalającej wybrać się na te wypieszczone trocie obok domu trzeba odkładać po trochę przez kilka miesięcy ... Dlatego, choć mam świadomość jakie są koszty utrzymania wód, nieco mniej ochoczo szafuję kwotami "należnymi" ... W końcu praca to też koszt ijeśli ktoś taką wkłada, z serca i z sercem, to ma wszelkie uprawnienia, nawet przed wszystkimi innymi ...

Jak się zarządza całością to ponosi się nakłady na całość ... więc "rządzenie przez dzielenie" zostawiam innym ...

Do tego sytuacja jest bardzo zmienna ... pamiętam choćby takie zmiany, widoczne golym okiem, jakich doświadczyłem ... Choćby pojawienie się lipieni na Sanie ... wcześniej wędkarzy posiadających muchówkę można było na Podkarpaciu bez mała na palcach u rąk policzyć ... Nagle w okręgu liczącym 5 000 członków pojawiło się ponad 3 000 "muszkarzy" i proporcje odwrócily się diametralnie ...
Podobnie w Lublinie - doprowadzenie przez garstkę entuzjastów do pojawienia się pstrągow w Bystrej, Bystrzycy i dopływach ( w sumie 75 ha wód) sprawiło, ze liczba chętnych na łowienie w tych wodach zwiększyła się z ok. 150 wędkarzy do ponad 2000 wędkarzy ... Efekty łatwe do przewidzenia ...

Tak, że trudno wiarygodnie twierdzić, że "jedni drugim", a nie "drudzy pierwszym" ... No i nie o to chodzi. Przykłady, jak te powyższe, pomagają wielu zrozumieć w czym rzecz i jak system powinien funkcjonować ... tylko pod warunkiem rzetelnego opisania, bez emocji i oskarżeń oraz łatwych "diagnoz" ...

Pozdrawiam serdecznie

Jerzy Kowalski
 
  Odp: O [0] 07.10 22:11
 
Szanowny Panie Jerzy,
Mechanizm jest bardzo prosty. Jeśli możliwość korzystania ogniskuje się na niewielkiej grupce nawet ciężko pracujących osób, a nieświadomy sponsor pokrywa to każdego roku - wówczas takie środowisko ma tendencję do stagnacji lub redukcji, ponieważ nie ma żadnego sensu dzielić tortu pomiędzy większą ilość osób, skoro co roku tort wydaje się mieć podobne rozmiary.

Biorąc pod uwagę wysiłek ludzki włożony w rozwożenie ryb, które się później łowi w kameralnym gronie - choć jak Pan słusznie zauważa, wysiłek tego rodzaju pracy społecznej jest bardzo cenny - jest jednak mniejszym wysiłkiem niż rozwożenie tych ryb oraz ciężka praca na ich samodzielny zakup, w równie kameralnym gronie, bez tego nieświadomego sponsora z teleskopem.

To mało transparentne "funkcjonowanie na nieświadomce" jest w długiej perspektywie niekorzystne dla obu stron. Ci którzy nagle dołączają do konsumpcji, mają to zbyt łatwo i zbyt tanio. Ci którzy wcześniej sami rozwozili ryby, mieli te ryby dla siebie również za tanio i za cudze. Oba mechanizmy powodują niestabilność, chciwość, łapczywośc i krótkowzroczność każdej ze stron. Ten sezon, ten rocznik, który dorósł, bo jutra może nie być, szybko, wyprzedzić tamtego frajera z białego Renault, co mi od miesiąca miejsce zajmuje rynnę i "**uj mu w ...". Co mają takie fale prosperity i pustostanu wspólnego z jakimś racjonalnym gospodarowaniem?

Wszystko powinno być policzone dokładnie na samym początku. Jakikolwiek klub / towarzystwo musi mieć świadomość za jaką kasę łowi ryby i jaki procent stanowią ich składki, czy jest to 5% czy 30% - warto mieć w tyle głowy koszt ryb i koszt składek na zagospodarowanie i ochronę wód. I wtedy powinien pojawić się postulat dobrowolnego i dodatkowego opodatkowania się na rzecz nadrobienia tych zaległości wobec kosztów realizacji operatu. Jeśli ktoś to ucisza, montuje układ nietrwały, niestabilny o rozmydlonej przyszłości. Jakoś, jakoś to będzie... ale nikt nie wie jak dokładnie. Bo i po co, skoro rośnie jakiś rocznik i najważniejsze to dobić do rzeki, gdy będzie miał już należyte rozmiary. A dalej? Nieważne, tego nie definiujemy. A bez jasnej definicji celów, kosztów i struktury można robić sobie Powstanie Warszawskie, żołnierzy wyklętych, i inne polskie wynalazki pospolitego ruszenia bez głowy. Takie dziwolągi są na tyle niejasne, że człowiek myślący w długiej perspektywie po prostu to oleje.

Życie w wielu Towarzystwach zanikło, aktywność zmalała. To już było wiele razy za PRL w tym modelu PZW, socjalistycznego bajzlu bez księgowości i rozliczeń. Uchodzące powierze z aktywistów, odwrócenie się plecami od siebie, rezygnujący strażnicy SSR, to już było pod polskim niebem bardzo wiele razy.

Rozwiązaniem jest dokładność, jasność i pecyzja zarządzania. Żadnego pieprzenia i partyzantki. Bo albo będzie po niemiecku albo nie będzie wcale. Jeśli na samym początku nie wiadomo kto na ile ponosi koszty, a na ile zyskuje, to już jest budrel, który doprowadzi do erozji. Nieprzewidywalny układ, który jest narażony na zgubę w dowolnym momencie.

Jeśli nie zna Pan tajemnic "wygasłych wulkanów", które były gorące ale z czasem zastygły i jeśli nie rozumie Pan mechjanizmów, które to spowodowały, to niech Pan razem z Semką stanie naprzeciw Zychowicza i powie mu, że Solidarność była w Polsce a nie w Czechach, gdzie takie Oty Pavle przemykali strachliwie nad staw z karpiami dla Wermachtu. I tym jako Polacy możemy się jarać, ale niejasne działania dalej szkodzą i będą szkodzić, bo taka jest cena bałaganu.


Pozdrawiam serdecznie
Krzysiek
 
  Odp: O [2] 07.10 22:34
 

(...)
Podobnie w Lublinie - doprowadzenie przez garstkę entuzjastów do pojawienia się pstrągow w Bystrej, Bystrzycy i dopływach ( w sumie 75 ha wód) sprawiło, ze liczba chętnych na łowienie w tych wodach zwiększyła się z ok. 150 wędkarzy do ponad 2000 wędkarzy ... Efekty łatwe do przewidzenia ...
(...)


Klasyczny przykład błędnego zarządzania. To jest właśnie ten powstańczy entuzjazm, który w Polsce otoczony jest jakąś szczególną czcią. Dla ścisłego umysłu jest to zwyczajny burdel na kółkach, dla humanisty jednak przedmiot westchnień i wzruszeń

Nikt nie powinien nawet przystępować do jakiejkolwiek pracy bez odpowiednich mechanizmów i zabezpieczeń. A mechanizm jest prosty i powinien być ukonstytuowany z władzami okręgu... u notariusza, dosłownie - co ma się stać, gdy ludzie odkryją te ryby i zechce im się zadeptać rzekę. I takiego mechanizmu nikt zapewne nie zaprojektował, bo i po co

No i super Panie Jerzy, nic tylko później opowiadać sobie przy ognisku o tym jak bydło najechało rzekę, a świat znowu nie jest wdzięczny polskim bohaterom, społecznikom, kombatantom Solidarności, dzielnym harcerzom i innym ludziom działających z... serca. Piękne... chyba się popłaczę

Tak na poważnie to mnie to już nie jara. Jestem zmęczony emocjonalnym życiem mojego narodu. takimi akcjami.
 
  Odp: O [1] 08.10 10:08
 
Szanowny Panie Krzysztofie,

Straszliwie się Pan zafiksował na tych prostych mechanizmach, bardzo często bardzo uproszczonych (żeby nie pójść dalej ), a wydających się wyjaśniać wszystko ... Łatwe przeciwstawienia dobrze trafiają na sposób rozumowania i trudno powiedzieć czy są przyczyną czy następstwem ...

Przywołąne przeze mnie "lekcje" z przeszłości (20-30 lat) nauczyły wielu z nas w czym leży problem. Jeśli nadal tak sprawy się mają w wielu miejscach to oznacza, że trudno mówić co od kogo, dla kogo i "za czyje" ... Z drugiej strony - wcześniejsze spontaniczne działania sprzed lat też wiele nauczyly tych, którzy później wzięli udział w świadomym zarządzaniu. Jakoś tak się składa, ze pieniądze w wodzie nie pływają, wędkarze nie łowią banknotów czy bilonu, a to, żeby pieniądze przełożyły się na ryby wymaga pracy. Nikt nie broni tym, których Pan własną piersią osłania szczując na innych, wzięcia się za zarządzanie i robienia lepiej ... Ale taki mamy klimat ...

Ależ to oczywiste, że liczyć trzeba, zarządzać też, ale w tym wykazywać sporo pasji i zaangażowania. Jeśli tacy ludzie z pasją i wiedzą zaczynają zarządzać to wiele spraw zmieniają. Wprowadzanie zmian bez takiego przygotowania spowoduje tylko to, że realizacja zmian trafi w ręce tych samych ludzi co poprzednio i będzie podlegała "obróbce" i kombinowaniu jak je obejść żeby było tak, jak przez kilka pokoleń ze strony udających zarządzanie. Do tego jakiekolwiek skuteczne wprowadzanie zmian musi mieć świadomych odbiorców, żeby się powiodło. I z tym jeszcze większy problem... podsycany przez prezentowanie "prostych mechanizmów" ...

Resztę Pana dywagacji pominę, bo za daleko odpływają ...

Pozdrawiam serdecznie

Jerzy Kowalski
 
  Odp: O [0] 08.10 14:08
 
Szanowny Panie Jerzy,
Nikogo nie ochraniam własną piersią, po prostu denerwuje mnie opóźniony proces dojrzewania samych
muszkarzy, bo finalnie to oni sami się redukują w ostrożnym dzieleniu nędzy. A swoją drogą cieszę się, że jasne
jest dla Pana kto za te ryby płaci.

Pozdrawiam serdecznie
Krzysiek
 
       


Copyright © flyfishing.pl 2002
wykonanie focus